Archiwa tagu: wola

Moje bieguny

 

  

Marek Kamiński wędruje od ponad 35 lat. Pierwszą samodzielną podróż, z rodzimego Gdańska do Łodzi odbył, gdy miał osiem lat. Jako dziecko uwielbiał bawić się śniegiem, jeździć na sankach i nartach. Kilka razy zdarzyło się, że wpadł do przerębla. Do dziś dnia pamięta to przeszywające zimno.

W liceum zapragnął wybrać się w dłuższą podróż – rejs frachtowcem do Danii i udało się. Rok później statkiem dopłynął do Maroka. To było jego pierwsze zetknięcie z zupełnie inną kulturą, religią, z innymi ludźmi, zwyczajami. Towarzyszyły temu ogromne emocje i zachłyśnięcie się różnorodnością świata. Od tego czasu wyprawy stały się ważną częścią jego życia.

Kolejnego lata pojawiły się nowe wyzwania – wyprawy do Meksyku i na Spitsbergen. Studia na Uniwersytecie Warszawskim, założenie własnej firmy, która działa do dziś (Gama San, obecnie Invena).

Podczas wyprawy na Antarktydę Marek Kamiński z Wojtkiem Moskalem w 1993 roku zaczęli myśleć o zdobyciu bieguna północnego. Wcześniej nie dotarł tam żaden Polak. Pomyśleli wtedy, że mogą to zrobić, że przecież nie ma rzeczy niemożliwych. Zaczęły się długie miesiące planowania, zbierania funduszy, przygotowań.

Wyruszyli na wiosnę 1995 roku. Po 72 dniach wyczerpującego marszu, temperatur sięgających -50 °C, wiatru, czasami ograniczania o połowę racji żywieniowych, osiągnęli swój cel. Podstawą ich planu było nie korzystanie z pomocy z zewnątrz. Każdego dnia był ustalony harmonogram, prawie co do minuty. Konsekwentna realizacja planu i pełna heroizmu determinacja doprowadziła ich na biegun. Mało tego ciągnęli za sobą sanki ważące kilkadziesiąt kilogramów.

 

 

Kilka miesięcy później Marek Kamiński samotnie zdobył biegun południowy – około 1200km w niecałe 2 miesiące. Wystartował z sankami ważącymi ponad 100kg. Zdobycie bieguna to nie „rurka z kremem”, to walka, każdego dnia, każdej godziny i minuty, to walka ze słabościami, z przeciwnościami i przede wszystkim z samym sobą, to również bardzo trudne decyzje, podejmowane przy ogromnym zmęczeniu, częstych odmrożeniach, które mogły zaważyć na tym czy osiągnie swój cel, to decyzje o zostawianiu po drodze jedzenia i ubrań aby zmniejszyć ciężar sanek. Wyobrażasz sobie ponad 2 miesiące spędzone w samotności przy najcieplejszych temperaturach około -5st.C i codziennej monotonii, niepewności każdego dnia. Jak sam mówi: „dotykanie świata to nie tylko dalekie i niebezpieczne podróże, to także podróż duchowa i intelektualna w głąb siebie, zdobywanie wiedzy, życie zgodne z pragnieniami”. Ta ogromna determinacja doprowadziła, że został pierwszą osobą, która zdobyła oba krańce Ziemi w jednym roku. To było zwieńczenie jego marzeń, ale nie zwieńczenie podróży.

  

Wciąż pojawiają się kolejne pomysły, wyzwania, wartościowe rzeczy którymi chce się zająć. Brał udział w rejsie dookoła Atlantyku, dotarł i zbadał  źródła Amazonki, przeszedł pustynię Gibsona. Próbował dokonać trawersu Antarktydy. Nie powidło się, ale sam stwierdza, że było to cenne doświadczenie. Lubi uczyć się nowych rzeczy, przeżywać kolejne przygody.

Uważa, że stawianie sobie nowych celów w życiu jest bardzo ważne. Swoją wiedzą i doświadczeniem zdobytym podczas wypraw chce dzielić się z innymi. W 1996  roku założył Fundację Marka Kamińskiego. Jej zadaniem jest m.in. pomoc osobom potrzebującym i niepełnosprawnym oraz tworzenie programów edukacyjnych. Dzięki Fundacji Marek Kamiński poznał Janka Melę, niepełnosprawnego chłopca z Malborka, którego marzeniem było dotrzeć na biegun. Zorganizowali wspólną wyprawę, która była dużym wyzwaniem, podjęciem ogromnej odpowiedzialności i jednocześnie wielkim sukcesem. Janek został pierwszą niepełnosprawną osobą na świecie, która zdobyła oba bieguny Ziemi.

Na co dzień Marek Kamiński zajmuje się pracą w Fundacji, wykładami, pisze książki, prowadzi wyprawy w różne części świata.

Marek Kamiński ma żonę i dwójkę dzieci. Każdego dnia rano pije zieloną herbatę gdzieś niedaleko plaży i spaceruje wzdłuż morza. W chwilach wolnego czasu czyta książki, które jak mówi dają mu wewnętrzny spokój i możliwość naładowania życiowych baterii.

Na najbliższy czas ma nowe wyzwania: kontynuowanie cyklu wypraw „Z Polą przez Świat”, nauka kolejnych języków, następne podróże i kto wie może wyprawa w kosmos…

Oto wypowiedź Marka Kamińskiego na temat wiary dla jednego z portali internetowych:

„Bóg jest dla mnie przede wszystkim stworzycielem tego świata, wszystkich rzeczy widzialnych i niewidzialnych. To Ktoś, kto jest jednocześnie ponad tym wszystkim i w tym wszystkim. Jest również w nas i zwracając się do swojego wnętrza, do samych siebie, też możemy z Nim rozmawiać. Nie musimy szukać Go tylko na zewnątrz.

Modlitwa to dla mnie moment refleksji, nad tym, że nasze życie jest bardzo krótkie. Jest rozmową z Bogiem, dzięki której patrzę potem na życie z trochę innej perspektywy. Kiedy z Jaśkiem Melą szliśmy na Biegun Północny, warunki po drodze były bardzo trudne. Było prawie pewne, że nie dojdziemy do celu. Powiedziałem wtedy do Jaśka, że jedyne, co nam zostało, to modlitwa. Następnego dnia wszystko się zmieniło. I doszliśmy. Takich momentów, kiedy czułem, że modlitwa została wysłuchana, było wiele. Tak jak jest napisane w Piśmie Świętym: „Proście, a będzie wam dane” i „ Błagajcie, a będziecie wysłuchani”. Gdybym spotkał Boga twarzą w twarz, powiedziałbym Mu, że ten świat jest mimo wszystko wspaniały. Myślę też, że miałbym do Niego wiele pytań, bo w życiu jest dla mnie wiele zagadek.

Tak się składa, że święta Wielkiej nocy i Bożego Narodzenia zastawały mnie często na Grenlandii, Antarktydzie albo w Arktyce. To był rodzaj rekolekcji w samotności. W czasie tych wypraw na pewno jest się bliżej Boga, bliżej innej rzeczywistości, bliżej opatrzności. Z życia znikają rzeczy mało ważne, jak tysiące informacji zalewających nas codziennie, wszystkie media, rozmowy, z których nic nie wynika. Życie zostaje zredukowane do podstawowych czynności. Powstaje przestrzeń do myślenia i kontaktu z Bogiem.”

Postawa Marka Kamińskiego jest dla mnie pełna inspiracji, zwłaszcza w momentach, gdy mi się czegoś nie chce i dopada mnie lenistwo wtedy przypominam sobie niewyobrażalny trud jaki pokonał Marek Kamiński pokonał i czuję przypływ sił. Jego dokonania przekraczają moje myślenie na temat granic ludzkiej wytrzymałości, gdzie są te granice? i czy to głównie ja sobie je stawiam – często bez próby ich przekroczenia z myślami typu: „to nie dla mnie”, „nie dam rady”, „jestem za słaby”. Marek Kamiński nie jest terminatorem, jest zwykłym człowiekiem takim jak ja czy Ty.

Zatem gdzie są Twoje bieguny?

 

 

Miejmy nadzieję!

Miejmy nadzieję!

Miejmy nadzieję!… nie tę lichą, marną,

Co rdzeń spróchniały w wątły kwiat ubiera,

Lecz tę niezłomną, która tkwi jak ziarno

Przyszłych poświęceń w duszy bohatera.

Miejmy nadzieję!… nie tę chciwą złudzeń,

Ślepego szczęścia płochą zalotnicę,

Lecz tę, co w grobach czeka dnia przebudzeń

I przechowuje oręż i przyłbicę.

Miejmy odwagę!… nie tę jednodniową,

Co w rozpaczliwym przedsięwzięciu pryska,

Lecz tę, co wiecznie z podniesioną głową

Nie da się zepchnąć z swego stanowiska.

Miejmy odwagę!… nie tę tchnącą szałem,

Która na oślep leci bez oręża,

Lecz tę, co sama niezdobytym wałem

Przeciwne losy stałością zwycięża.

Miejmy pogardę dla wrzekomej sławy

I dla bezprawia potęgi zwodniczej,

Lecz się nie strójmy w płaszcz męczeństwa krwawy

I nie brząkajmy w łańcuch niewolniczy.

Miejmy pogardę dla pychy zwycięskiej

I przyklaskiwać przemocy nie idźmy!

Ale nie wielbmy poniesionej klęski

I ze słabości swojej się nie szczyćmy.

Przestańmy własną pieścić się boleścią,

Przestańmy ciągłym lamentem się poić:

Kochać się w skargach jest rzeczą niewieścią,

Mężom przystoi w milczeniu się zbroić…

Lecz nie przestajmy czcić świętości swoje

I przechowywać ideałów czystość;

Do nas należy dać im moc i zbroję,

By z kraju marzeń przeszły w rzeczywistość.

[tube]http://www.youtube.com/watch?v=3tOZvDO1iSk[/tube]

Biegnę, by dogonić moje serce

Pasja do biegania pojawiła się u mnie już dawno. Nigdy nie potrafiłem być jednak dostatecznie wytrwały, by biegać regularnie. Miałem raczej kilkumiesięczne okresy treningów, oddzielone dłuższymi okresami stagnacji. Zawsze jednak w sercu miałem miłość do biegów. Na studiach udało mi się zacząć spełniać moje biegowe marzenia – najpierw przełamałem barierę 10km, szybko doszedłem do formy, która umożliwiła mi udział w półmaratonie (21km). Zwieńczeniem był udział w Maratonie Toruńskim, w czasie którego mimo bardzo złej pogody (upał) przełamałem swoją słabość i dobiegłem na metę. W miesiąc później dotknęła mnie kontuzja kolan, przez którą musiałem zaprzestać biegania.

Dostrzegłem, jak mocna – przynajmniej u mężczyzny –  jest relacja między ciałem a duchem. Niemożność biegania spowodowała osłabienie nie tylko mojej kondycji fizycznej, ale też i duchowej. Częściej niż poprzednio zaczęły męczyć mnie tzw. doły, radość gdzieś uleciała. Natrętnych myśli, z którymi wcześniej łatwiej dawałem sobie radę, teraz nie potrafiłem odeprzeć.

Blurred view of man running in snow

Kilka razy przez okres kilku lat próbowałem wrócić do biegania, mając nadzieję, że kolana mi na to pozwolą. Okazało się jednak, że poza kolanami, mam dodatkowego przeciwnika, który nie pozwalał mi biegać –  wewnętrznego lenia. Przez długi czas mojego marazmu wciąż go karmiłem. Teraz, gdy go zdemaskowałem, nie potrafiłem sobie z nim poradzić – wola, którą ćwiczyłem każdym treningiem, teraz była zbyt słaba. Wciąż jednak czułem wielkie pragnienie biegania. Było to coś, jakby z głębi mego serca. Rozpoczęła się wewnętrzna walka, która trwa do tej pory. Mimo, że mój leń był bardzo silnym przeciwnikiem, nie poddawałem się. Zrywów miałem kilkanaście. Wiem, że żaden nie był do końca przegrany. W końcu udało mi się przebiec dystans (najkrótszy z moich ‚maratońskich’ czasów) 12km bez wycieńczenia organizmu. Tak zaczął się miesiąc udanego biegania. Niestety obecnie znów nie biegam, ale się nie poddaję!

Każdy mój bieg ma coś wzniosłego. Niby zwyczajne ‚noga za nogą’, a jednak czuję, że robię coś dla siebie, coś dla swego serca. Wiem, że przez większość czasu nie dopuszczam serca do głosu. Podobno nasze najgłębsze pragnienia płyną właśnie wprost z serca, z tej najpiękniejszej naszej cząstki, w której Bóg ukrył nasze do Niego podobieństwo, w której wyrył nasze prawdziwe imię. Przez codzienne chodzenie na łatwiznę wyparłem się serca, zignorowałem je – nie liczyłem się z jego racjami.

Pascal powiedział: Serce ma swoje racje, których rozum nie zna. Sposobem  mojego rozumu na tą niedogodność było wygnanie serca ze ‚sztabu decyzyjnego’. I ono – zranione – uciekło w miejsca dla mnie niedostępne.

bieganie-zima

I właśnie podczas  biegania, szczególnie otoczony przyrodą, czułem, że moje serce daje się ‚zobaczyć’. Wiedziałem, że biegnąc przybliżam się do niego. I za każdym razem dziwię się, że muszę biec tam (pokazuję palcem przed siebie), by dogonić moje serce, które jest tu (pokazuję na pierś). I przepraszam je, bo to przecież ja je wygnałem… nie tylko ja…

I widzę, że mój bieg jest modlitwą, jest ćwiczeniem duchowym. Jak mam pokochać Boga, gdy nie kocham siebie? A jak mam siebie pokochać, gdy nie wiem, kim jestem? A moje serce tak odległe, że go nie poznam, nim nie dogonię. Więc biegnę…