Archiwa tagu: przygoda

Pielgrzymka Lwa Judy 2012, czyli…

od Józefa do Józefa

dzień po dniu

Skład:

Michał Przewoźny – kapitan/pierwsza pomoc;

Jacek Blumensztajn – przewodnik;

Łukasz Komorowski – przewodnik;

Przemek Gierszewski – przewodnik;

Mateusz Maciejewski – pierwsza pomoc;

Zbyszek Wiśniewski – pierwsza pomoc;

Wojtek Kujawa – obozownik;

Wojtek Filipiak – obozownik.

Wtorek 3 lipca 2012 – Dzień pierwszy

Na dobry kwadrans przed godziną 7:00 zbieramy się z wolna przed kościołem św. Józefa w Toruniu – najpierw Michał, Zbyszek i ja, później Mateusz, Wojtki, Przemek… Niedługo zacznie się msza, więc ubieramy się w „koszulki pielgrzymkowe” i wchodzimy do środka. Grupka jednolicie ubranych mężczyzn z ciężko opakowanymi plecakami musi budzić zainteresowanie. Ludzie wodzą za nami wzrokiem, lecz my zupełnie beztrosko siadamy w pierwszej ławce. Po nabożeństwie otrzymujemy błogosławieństwo na drogę i w bojowym nastroju gromadzimy się pod figurą św. Józefa. Tu  jeszcze krótka modlitwa, potem pamiątkowa fotografia, ostatnia kontrola plecaków i możemy ruszać w drogę.

Poranek jest rześki, każdy ma jeszcze zapas sił, zatem idzie się dobrze i atmosfera dość gwarna. Wymieniamy uwagi na temat sprzętu, treningu, drogi przed nami oraz przygód, które na nas czekają. Do pierwszego przystanku w niezłym tempie pokonujemy 15 km, poznaną wcześniej drogą, wiodącą przez las poligonowy. Przerwa nie trwa długo, podnosimy się zaraz po drugim śniadaniu. W miejscu dawnej kaplicy czytamy fragment z „Naśladowania Chrystusa” przygotowany do rozważania na dziś i odmawiamy modlitwę św. Patryka. Gdy pada ostatnie „Amen” – idziemy dalej bez zwłoki.

Wkrótce potem opuszczamy las, dukt zmienia się w mało uczęszczaną asfaltową drogę. Słońce podnosi się coraz wyżej, tak, że po pewnym czasie robi się naprawdę gorąco. Zmierzamy do miejscowości Służewo, gdzie planujemy uzupełnić zapasy na wieczór i skorzystać z kąpieli w niewielkim jeziorku. Myśl o chłodnej wodzie krzepi każdego. Być może dlatego pomimo upału wędrujemy całkiem żwawo i szybko docieramy do tablicy z nazwą „Służewo”. Tuż za nią napotykamy na pierwszą tego dnia kapliczkę i jest to kapliczka… ze św. Józefem! Nieoczekiwane znalezisko podnosi morale. W chwilę potem robimy małe zakupy i pływamy w jeziorku. Miejscowi przyglądają się nam z zainteresowaniem, zagadują, wypytują, da się odczuć sympatię z ich strony.

Po kąpieli zaczyna się procedura pielęgnacji stóp, zajmuje to trochę czasu, lecz nikt nie ma wątpliwości, że o nogi musimy dbać w szczególny sposób. Każdy pęcherz czy zranienie bardzo utrudniają marsz, więc lepiej po prostu nie dopuścić do ich powstawania. Przynajmniej tak długo jak to możliwe.

W końcu ruszamy dalej. Do miejsca dzisiejszego obozu nie zostało daleko, lecz idziemy już zdecydowanie wolniej. Zmęczenie sprawia, że zaczynamy bardziej odczuwać ciężar plecaków i każdy następny kilometr zdaje się wydłużać. Gdy docieramy do lasu w Straszewie, mamy za sobą jakieś 30 km. Musimy jeszcze znaleźć odpowiednie miejsce na nocleg. Tu pojawiają się różnice zdań – bardziej zmęczeni są gotowi zostać gdziekolwiek, pozostali szukać dalej. Ostatecznie wynajdujemy całkiem sympatyczną miejscówkę – niewielkie wzniesienie, z polanką po świeżo wyciętym lesie. Wokół dużo chrustu na opał i drzewa osłaniające nas z każdej strony. Jest godzina 18:00. Rozwijamy się i odpoczywamy. Potem jedzenie i wieczorna toaleta. Z rozstawieniem obozu musimy poczekać na Łukasza i Przemka, którzy mają dołączyć wieczorem, bo oni mają drugi tarp i szpilki. Chłopaki dojeżdżają do nas około 20:00, od razu zabieramy się za przygotowanie noclegu. Pierwszy raz idzie nam mało sprawnie, dostosowanie sznurków i wybór właściwego miejsca w połączeniu ze sporą dawką zmęczenia owocują dość nerwową atmosferą. W końcu jednak wszystko jest gotowe. Odmawiamy dziesiątkę różańca, modlitwę św. Ignacego, dzielimy warty i możemy iść spać.

Ale o śnie nie ma mowy. Tej nocy zewsząd obsiadają nas chmary komarów. Nie działają na nie żadne środki. Wyciągam moskitierę, ale to też niewiele daje. Nawet jeśli mnie nie pogryzą to i tak nie dadzą zasnąć – wciąż je słyszę, poza tym wiercimy się wszyscy. Noc gorąca, za gorąca na śpiwory, a jednocześnie nie da się ich rozpiąć, bo komary od razu gryzą jak wściekłe. Męczymy się okrutnie. Moja warta zaczęła się o 1:30, a do tej pory nie zmrużyłem oka. Zastanawiam się co będzie, jeśli takie okażą się wszystkie kolejne noce. Padnę po prostu z wyczerpania. Po godzinie idę obudzić Michała, lecz on i tak nie spał, przywitał mnie słowami: „Moja kolej? Ech… zero snu, zero snu”. „Michał” – odpowiadam nieźle zdenerwowany całą tą nocą – „Nie poddam się przecież przez komary, to raz. A dwa, zamierzam spać choć przez godzinę”. Wyciągnąłem spod tarpu moją karimatę i pałatkę, po czym dołączyłem do Wojtków śpiących już przy ogniu – tam nie gryzły tak mocno…

 

Środa 4 lipca 2012 – Dzień drugi

Zbudził nas chłodny, mglisty i wilgotny świt. Mało kto spał choć przez godzinę. Niezbyt tym zachwyceni zabieramy się za zwijanie obozu, pakowanie i toaletę. Potem poranna modlitwa i kolejny fragment z „Naśladowania Chrystusa”. Wyruszamy bez śniadania, z poczuciem ulgi, że wreszcie opuszczamy Straszewo.

Maszerujemy szybko, z początku deficyt snu nie jest aż tak bardzo odczuwalny. Po około 6 km docieramy do Zakrzewa, tam znajdujemy sklep i jemy pierwszy posiłek, obserwując spod daszku poranną mrzawkę. Kiedy podnosimy się do marszu jakiś pan koniecznie stara się nam wytłumaczyć drogę – przyjmujemy to z cierpliwością, przy okazji upewniając się jaką chcemy iść drogą.

Tego dnia nawigacja wymaga znacznej uwagi. Wędrujemy bowiem przez malownicze, lecz małe i niezbyt dobrze oznakowane wioski. Udaje się nam jednak nie zabłądzić i cały czas posuwamy się naprzód. Czasem pytamy o drogę, czasem ktoś poczęstuje wiśniami. Krok za krokiem, niespiesznie pokonujemy kolejne kilometry. Dystans przewidziany na dziś ma być dłuższy o jakieś 5 km.

Łukasz ma kij, który kupił na pielgrzymce do Santiago. Ten kij robi zawrotną karierę, podobno o wiele łatwiej z nim iść. Co parę kilometrów zmienia właściciela, o czym przekonuje charakterystyczny stukot raz bliżej, raz dalej.

Po południu spadł lekki deszcz – nic poważnego, a zaraz potem niebo bardzo się rozpogodziło. Dłuższą przerwę – obiadową robimy około godz. 13 w Pilichowie. Siadamy na niewielkim trawniku pod płotem dawnego budynku szkoły przerobionego na kamienicę mieszkalną. Nie wiedzieć nawet kiedy postój zmienia się w małą drzemkę. Sen niewątpliwie podreperował nasze siły, powstajemy aby iść dalej. Wtedy dopiero dowiedziałem się, że Wojtek Filipiak złapał jakąś kontuzję nogi. Mimo to postanawia iść z nami dalej.

Droga z Pilichowa do Płowców upływa raczej szybko. W Płowcach zatrzymujemy się tylko na moment przy pomniku upamiętniającym sławną bitwę. Jakiś mężczyzna pyta nas czy chcemy obejrzeć niewielką, raczej nie-zabytkową kaplicę znajdującą się w okolicy. Grzecznie odmawiamy, tym bardziej, że po klucz od niej trzeba by było iść ze dwa kilometry. Jesteśmy już wystarczająco zmęczeni, a przed nam jeszcze spory kawałek – chcemy dojść do Rybin nad Jeziorem Głuszyńskim. „Dzisiaj nie dacie rady tam dojść. Nie dacie rady” – rzuca na odchodne nieznajomy, wcale nie podnosząc nikogo na duchu.

Po następnych 4 km dochodzimy do Witowa. Znajdujemy jakiś sklepik, w którym możemy się zaopatrzyć i rozsiadamy się tam na chwilę. Słaba noc i blisko 30 km w nogach robią swoje. Niezbyt mamy ochotę i siły, aby iść dalej. Wojtek kapituluje, postanawia wycofać się z pielgrzymki. Jest zdecydowany, noga nie daje mu spokoju, dzwoni po transport. Po godzinnej przerwie pozostali podejmują się dalszej drogi. Jezioro wydaje się być już całkiem niedaleko. Zbyszek zaopatrzył się we własna wersję „kija pielgrzymiego” w postaci kijka od szczotki. Przeciągamy się, rozciągamy i idziemy dalej.

Przed nami gęstnieją burzowe chmury, lecz nie ustajemy. Zastanawiamy się tylko czy przyjdzie nam zmoknąć, czy nie. Do jeziora istotnie docieramy szybko, jednakże Rybin wciąż nie widać, tak samo jak perspektyw na dobry nocleg. Decydujemy się rozbić na brzegu jeziora. Niektórzy kręcą nosem, woda = komary. Mimo wszystko ta opcja przeważa, byleby tylko dojść do brzegu. Droga dłuży się niemiłosiernie i ciężkie chmury są coraz bliżej. Badamy wiatr, by upewnić się, w którą stronę przemieszcza się burza. Wygląda na to, że się oddala. Wtem na horyzoncie, pomiędzy nami a a skupiskiem czarnych chmur pojawia się tęcza. Spokój napełnia nam serca, dziś burza nas ominie. Pozostaje tylko kwestia noclegu. Łukasz bada mapę, „Jeszcze dwa kilometry” – oświadcza. Droga jednak jest dłuższa. Pytamy miejscowych, wciąż powtarzają: „Jeszcze kilometr”, tymczasem idziemy, idziemy i nic. Michał nie ma już siły, mówi, że nie może iść dalej, akurat w momencie, gdy chłopaki znajdują drogę do jeziora. Zbyszek zostaje z nim w napotkanym po drodze barze. Pozostali z nas idą szukać miejsca na nocleg. Zaczyna się ściemniać, a my kluczymy pomiędzy działkami szukając przystępu do wody. Zmęczeni i nieco rozgoryczeni pogubiliśmy się nieco, ale ostatecznie wszystkim udaje się dojść w to samo miejsce – cypelek lądu wcinający się w jezioro, odcięty od nabrzeża niewielkim lasem. Wymarzone miejsce. Łukasz idzie po Michała i Zbyszka, by mogli do nas dołączyć. Imponuje mi jego wytrwałość i spokój. Mateusz, Wojtek, Przemek i ja zbieramy resztę sił i zaczynamy rozbijać obóz. Tego dnia w niespełna 15 min. rozstawiliśmy tarpy i przygotowaliśmy ognisko. Wkrótce zgromadziliśmy się wszyscy na modlitwie.

Wielki, pomarańczowy księżyc wisiał nisko nad ziemią. Wspaniale było kąpać się w ciepłej wodzie pod rozgwieżdżonym niebem. Trafiliśmy na pogodną noc, bez komarów, w bajecznym miejscu. Zasnęliśmy twardym, zdrowym snem.

Czwartek 5 lipca 2012 – Dzień trzeci

Kolejny poranek okazał się być równie mglisty i wilgotny jak poprzedni. Z wielkiej wierzby, pod którą spaliśmy spadały na nas grube krople wody. Mokro. Zwinęliśmy się sprawnie, pomodliliśmy i jak wcześniej odeszliśmy bez śniadania, lecz z pewnym sentymentem do tego pięknego miejsca.

Idąc we mgle omijamy mało widoczną drogę prowadząca na południe. Mieliśmy w nią skręcić, skręciliśmy dopiero w następną, a ta niestety oddalała nas nieco od celu. Zorientowaliśmy się dopiero po paru kilometrach, kiepski początek dnia. Nie możemy wracać, szkoda sił. Trzeba raczej wyznaczyć jakąś inną drogę, by wrócić do pierwotnego szlaku. Zatrzymujemy się na śniadanie i zaczynamy rozpytywać mieszkańców. Oni jednak sugerują dużo krótszą (ich zdaniem) trasę, której dotąd nie rozważaliśmy. Przyjmujemy ich propozycje i po śniadaniu ruszamy zadowoleni świeżo odkrytym „skrótem”. Wędrowaliśmy długo i mocno doskwierał nam upał, aż doszliśmy do miejscowości Wierzbie. Trudno było nam określić ile przebyliśmy kilometrów do tego miejsca, może 25? Kończyła się nam woda i zaczęliśmy odczuwać głód. Malutki sklepik, na który w końcu natrafiliśmy stał się dla nas prawdziwą oazą. Najedliśmy się, wykupiliśmy wszystkie kije od szczotek i około godz. 13:00 zasnęliśmy na trawniku za sklepem.

Zainteresował się nami właściciel sklepu. Gdy wytłumaczyliśmy mu kim jesteśmy, uśmiechnął się i podarował zgrzewkę wody. Bardziej realnie ocenił dystans, który przebyliśmy i powiedział ile jeszcze przed nami – okazało się, że jesteśmy dopiero w połowie drogi! Długo zbieramy się do marszu, na dodatek Michał źle się czuje. Nikomu też nie uśmiecha się perspektywa przejścia kolejnych 25 km. Powstajemy jednak i z wolna zaczynamy posuwać się naprzód. Od kapliczki do kapliczki, przed siebie. W Mąkolnie Michał prosi o przerwę, nie ma już sił do dalszej drogi. Nie jest kolorowo, musimy podjąć jakieś decyzje. Postanawiamy iść wszyscy jeszcze 2 km do Przystronia. Gdy tam docieramy, Michał łapie stopa i jedzie do Koła, do mego domu, aby tam odpocząć. Nam zaś pozostaje iść dalej i dołączyć do niego.

Jest godzina 17:00, kiedy startujemy. Posuwamy się naprzód w imponująco szybkim tempie, jak na nasze możliwości po całodniowym marszu, lecz droga bardzo nam się dłuży, dystans jest morderczy. Robimy tylko trzy krótkie przystanki, po każdym z nich jesteśmy coraz słabsi. Morale zaczynają się łamać. O 21:00 docieramy do granicy Koła, musimy się zatrzymać, nie mamy sił do dalszej drogi, a trzeba jeszcze przejść na drugi koniec miasta. Niechętnie, siłą woli, a może z przyzwyczajenia ruszamy dalej. Jest ciężko. Zauważamy, że łatwiej iść śpiewając. Śpiewamy więc, aby skracać drogę i dodawać sobie sił. Do domu docieramy tuż przed godz. 23, wyczerpani do granic możliwości. Kolacja, kąpiel, modlitwa. Zasypiamy – to nasza jedyna noc pod dachem. Zasypiamy, lecz pojawiają się wątpliwości czy pójdziemy dalej. Szacujemy, że dziś przebyliśmy około 50 km z ciężkimi plecakami. Każdy ma jakąś kontuzję.

Piątek 6 lipca 2012 – Dzień czwarty

Wstajemy około godz. 9:00. Potrzebowaliśmy dłuższego snu dla zregenerowania sił. Ostatnie dni dużo nauczyły nas na temat sprzętu, dlatego też opróżniliśmy nasze plecaki z masy rzeczy. Na drodze potrzeba naprawdę niewiele, reszta, nawet najlepsze, markowe wynalazki to zwykle tylko zbędny balast.

Śniadanie, modlitwa w ogrodzie, a potem naprzód przed siebie. Idziemy dalej, choć wczoraj było z nami naprawdę krucho. Co prawda wystartowaliśmy później niż zwykle, lecz nadrabiamy tą stratę dobrym tempem. Pomimo przygrzewającego słońca mijamy kolejne miejscowości – Ruszków II, Ruszków I, w Policach przecinamy autostradę i dalej leśnym duktem docieramy do Cichowa. Tam robimy pierwszy, niedługi postój i bez zbędnej zwłoki ruszamy dalej. Po niedługim czasie jesteśmy w Brudzewie, a za nami niespełna połowa przewidzianej na dziś trasy. Wspaniały wynik. Nie potrzebujemy dłuższego postoju, odnajdujemy właściwą drogę i maszerujemy dalej.

Kolejny raz zatrzymujemy się w Bratuszynie. Pojawiają się pierwsze oznaki zmęczenia. Po dwudziestominutowym postoju przy polnej dróżce odbijamy nieco na wschód, by oddalić się od drogi krajowej, a potem wiejską drogą idziemy na południe kierując się w stronę Turku. Upał. Mijane wsie zdają się nie mieć końca. Przemek zaczyna śpiewać: „Kalinowa hej, hej, hej!”. I tak w kółko. Mieszkańcy Kalinowej przyłączają się do tego śpiewu. Przed Turkiem robimy tylko dwa przystanki. Gdy przed nami pojawiają się budynki elektrowni w Turku przystajemy z radością, robimy zdjęcie i śpiewamy: „Elektrownia hej, hej, hej!”. Nazwa miejscowości z dodatkiem „hej, hej, hej!” zdecydowanie staje się piosenką pielgrzymki.

Do Turku docieramy nieco przed 18. Przez cały dzień nie jedliśmy żadnego konkretnego posiłku, dlatego postanawiamy (po poważnej naradzie) zjeść obiado-kolację w jakiejś restauracji. Krzesła, stół i ciepłe jedzenie są teraz dla nas ogromnym luksusem. Przybywa sił i radości, przed wyjściem musieliśmy się trochę powygłupiać – Mateusz z Przemkiem tańczyli… coś dziwnego.

Ten postój niestety trochę nam się przeciągnął. Zbieraliśmy się zbyt wolno, a mieliśmy przejść jeszcze 4 km. Jednakże dobry posiłek i rześkie wieczorne powietrze dodały nam sił do marszu. Zastanawialiśmy się nawet, czy nie przejść dłuższego dystansu, ale ostatecznie woleliśmy uczciwie wypocząć, by nazajutrz podobnie jak dziś przejść kolejne 30 km.

Obóz rozbiliśmy w lasach w Cisewie za Turkiem. Piękne miejsce – miękki mech, dużo drewna, cisza. Co prawda nocą kręciła się w okolicy burza, tak że w pewnym momencie musieliśmy uciekać przed deszczem do tarpów, niemniej jednak będziemy dobrze wspominać tą okolicę, spaliśmy dobrym snem. I najważniejsze – nie było komarów, były tylko biedronki. Dużo biedronek.

Sobota 7 lipca 2012 – Dzień piąty

Zbudziliśmy się z niespełna godzinnym opóźnieniem. Ostatni z wartowników zawalił sprawę i zasnął. Trochę nas to zezłościło. Spakowaliśmy się i ruszyliśmy w ostatni poważny odcinek na trasie naszej pielgrzymki. Ostatnie 30 km, gdyż zgodnie z planem na niedzielę zostawiliśmy sobie tylko 10 km.

Po 6 km dotarliśmy do Malanowa. Tam skorzystaliśmy z gościny u zaprzyjaźnionej Basi, która poczęstowała nas śniadaniem. Potem ruszyliśmy w dalszą drogę. Tego dnia cały czas mieliśmy wędrować ruchliwą krajówką, niestety nie było dla niej alternatywy. Dzień duszny i gorący, idąc musieliśmy naprawdę zmagać się ze sobą, by nie ustać. Podtrzymywała nas myśl, że przeszliśmy już tak wiele, że Kalisz coraz bliżej, że musimy dać radę. I szliśmy.

Po dłuższym postoju w Cekowie, zaczął padać deszcz. Padał krótko, ale bardzo odświeżył powietrze, na jakiś czas zrobiło się przyjemniej. Ostatnie miejscowości mijamy z dużym wysiłkiem zatrzymując się przy każdym sklepie (nawet przy jednym, który prawie zupełnie świeci pustkami). Otuchy dodają nam przejeżdżający kierowcy, którzy zatrzymują się i wypytują kim jesteśmy i dokąd zmierzamy. Za Kamieniem zostały ostatnie 3 km na dziś – ruszamy.

Nie uszliśmy jednak daleko, gdy złapała nas burza. Deszcz lał się z nieba strumieniami, w oddali niebo przecinały błyskawice. Udało nam się dotrzeć do skraju lasu, w którego głębi mieliśmy rozbić obóz. Zatrzymaliśmy się w przydrożnym przystanku autobusowym, by odpocząć i zastanowić się co dalej. Na zewnątrz lało jak z cebra i choć nie było jeszcze zbyt późno, to otaczała nas ciemność jak w środku nocy. Różne pomysły przychodziły nam do głowy, ale ostatecznie postanowiliśmy zostać w przystanku, by przeczekać deszcz, osuszyć się i wypocząć, a wczesnym rankiem ruszyć wprost do Kalisza bez żadnych postojów.

Zaczęliśmy więc przystosowywać naszą budkę na potrzeby sypialni i suszarni. Pod dachem upchnęliśmy buty, aby schły i nie zabierały miejsca, na ścianach powiesiliśmy deszczówki. Na ziemi rozłożyliśmy plandeki, które nam jeszcze zostały, na nich karimaty i śpiwory, a pod tylną ścianką plecaki jako poduszki i oparcia. Po modlitwie położyliśmy się nogami w stronę jezdni i nim zdążyliśmy zamknąć oczy dane nam było jeszcze przeżyć chwilę napięcia. Otóż, niespiesznie przejechał przed nami policyjny radiowóz, wolno minął przystanek, zatrzymał się, po czym cofnął jak w jakiejś filmowej scenie. Gdy stanął naprzeciw nas poświeciło na nas światło, zgasło, a radiowóz… odjechał. Poczułem jak rozluźniają się moje nerwy. Już widziałem jak tłumaczymy się Policjantom z tego co tu robimy. Na szczęście, po prostu pojechali.

Tej nocy miałem najkrótszą do tej pory wartę i jak nigdy walczyłem ze snem. Wszyscy kiepsko spaliśmy z powodu przejeżdżających aut – co by nie mówić, przystanek autobusowy to nie spokojny las.

Niedziela 8 lipca 2012 – Dzień szósty, ostatni

Wstaliśmy o godz. 4:00. Zwinęliśmy się prędko, pomodliliśmy i rozpoczęliśmy najkrótszy i ostatni w naszej pielgrzymce odcinek. Droga wiodła wciąż prosto i trochę się nam dłużyła, ale rankiem wszyscy mieliśmy jeszcze sporo sił.

Mijamy kolejne tablice miejscowości, zawsze z nadzieją, że ta w oddali to będzie już Kalisz. W końcu jest, upragniony znak – co prawda to dopiero przedmieścia, ale wiemy, że właściwie już dotarliśmy.

 

 Teraz nogi niosą nas już same. Szybko przechodzimy przez miasto i odnajdujemy cel naszej wędrówki – Sanktuarium św. Józefa. Jest 7:20. Najpierw klękamy przed kościołem, a potem zaczynamy zastanawiać się, gdzie moglibyśmy odświeżyć się i przebrać w czyste ubrania, by móc przyzwoicie wyglądać na mszy o 9:30. Nasza pierwsza myśl to znajdujący się blisko Dom Pielgrzyma. Spotykamy jednego, potem drugiego księdza, słuchają nas. Widać, że są zdziwieni, lecz jednocześnie pozytywnie zaskoczeni. Udzielają nam dużego pokoju w Domu Pielgrzyma, możliwości kąpieli i odpoczynku. Wszyscy czujemy wdzięczność, nawet nie marzyliśmy o takim przyjęciu i odpoczynku.

W czasie mszy, zostaliśmy powitani jako pielgrzymi, pozwolono nam przebywać w prezbiterium i przysłużyć się liturgii czytaniami i psalmem. Po nabożeństwie zaproszono nas jeszcze na obiad – dostaliśmy więcej niż się spodziewaliśmy.

Gdy słonecznym popołudniem spacerowaliśmy po Kaliszu każdy z nas czuł dumę z tego, czego udało się nam dokonać, radość przerastającą zmęczenie, pokój sięgający do głębi naszych serc. Udało się nam – doszliśmy. Donieśliśmy nasze intencje aż tutaj, przemierzając drogę, która zmieniała nas, drogę, która nas kształtowała, drogę, w której staliśmy się „kompanią braci”.

J.B.

Zobacz pełną relację fotograficzną z naszej pielgrzymki:

[tube]http://www.youtube.com/watch?v=TRF7P5D7_MI[/tube]

Po co jest Lew Judy?

Kiedy po raz pierwszy pojawiłem się na spotkaniu Lwa Judy czułem się trochę nieswojo. Ludzie wokół mnie beztrosko rozmawiali i zdawało się, że wcale nie zauważyli mojej obecności. „Ładnie się zaczyna” – pomyślałem. Potem była modlitwa, wspólna msza, informacja o następnym spotkaniu. Wyszedłem z mieszanymi uczuciami. A jednak, mimo to poszedłem na spotkanie jeszcze raz, potem był kolejny, następny… Od tamtego czasu minął prawie rok i chyba najwyższy czas zatrzymać się na chwilę i skreślić parę słów.

Czytaj dalej Po co jest Lew Judy?

Przygoda czeka!

 

Szukasz czegoś inspirującego do czytania? Czegoś co wyzwoli w Tobie ducha przygody i pomoże wyjść z domu? Ale masz już dość wszelkiej maści poradników i przewodników?  Chciałbyś po prostu zanurzyć się w przygodzie?

W moich poszukiwaniach ciekawych lektur trafiłem na kilka list stworzonych przez znawców tematu. Wszystkie listy są po angielsku.

100 najlepszych przygodowych książek wg National Geographic

25 książek niezbędnych do przeczytania dla każdego odkrywcy wg miesięcznika Outside

50 najlepszych przygodowych książek wg Nile Guide

Ale pamiętaj też o tym, co ciekawie wyraził Wojciech Cejrowski: “Jedyną różnicą między ludźmi, którzy realizują swoje marzenia, a całą resztą świata jest to, że ci pierwsi pewnego dnia podnieśli wzrok znad książki, wstali z fotela i ruszyli na spotkanie swoich marzeń”.

Rower – ile sił w nogach

 rower01

Różne są definicje wolności i wielu już próbowało uchwycić ten fenomen. Jeśli chodzi o mnie, nie stworzę kolejnej słownikowej definicji, ale gdy wsiadam na rower i pędzę ile sił w nogach, ile w płucach tchu, wtedy czuję wolność całym sobą – jak mawiają Anglicy, od czubka głowy, aż po palce stóp.
Jeśli jeszcze nie jeździsz, możesz myśleć, że jazda na rowerze wymaga zbyt wiele, jeśli chodzi o sprzęt i związane z tym „problemy”. W głowie rodzi się już wiele argumentów przeciwko. Rower nie mało kosztuje, a kosztuje przecież osprzęt i zabezpieczenia. Co z naprawami, konserwacją, przecież ja się na tym nie znam? Gdzie ja będę jeździł? Napisałem słowo problemy w cudzysłowie, ponieważ są to mity, nie problemy i każdy z nich postaram się krótko obalić.

 1. „Przecież to kosztuje”

Niewiele! Wystarczy trochę poszukać. Jak zwykle niezastąpione jest Allegro, tam, co jakiś czas pojawiają się prawdziwe perełki, np. jestem właścicielem świetnego roweru Giant, a kupiłem go za 300zł. Moim zdaniem to i tak jest dość wysoka cena. Mój pierwszy, oczywiście używany rower firmy Jaguar kosztował 120zł, a był naprawdę niezniszczalny, niestety komuś innemu także się spodobał:-) Oczywiście niezastąpione są znajomości – warto popytać tu i tam, a może ktoś coś słyszał o tanim rowerze na sprzedać. Polecam też odwiedzenie wszelakich komisów, sklepów rowerowych itp. Gdy mamy już rower wystarczy kupić dobre zabezpieczenie (co wcale nie będzie wielkim wydatkiem). Drugim argumentem, jeśli chodzi o koszty, jest to, że możemy zaoszczędzić na transporcie miejskim, a jeśli ktoś podoła o nawet międzymiastowym. Wielkie koszty rowerowania to mit!

2. „Nie znam się na sprzęcie!”, „A jak coś się zepsuje?

Jak coś się zepsuje, to się zepsuje! A zepsuje się na pewno. Przecież rower, to zbiór mechanizmów i choćby najlepszej firmy, to i tak nadejdzie czas pierwszej usterki. Nie warto się tym zamartwiać z kilku powodów, nawet, jeśli kompletnie się na tym nie znasz. Najlepszym rozwiązaniem jest po prostu poznać się na tym! Mnóstwo frajdy daje naprawienie, czego własnymi siłami, a dłonie ubrudzone smarem wzbudzają szacunek dla własnych umiejętności i osoby, nie mówiąc już o szacunku innych ludzi. Warto próbować! Rower nie jest skomplikowanym sprzętem, a jeśli przyjdą trudniejsze wyzywania, to żyjemy przecież w dobie Internetu! Na końcu artykułu kilka przydatnych linków. Tam z pewnością znajdą się rozwiązania. Zawsze można też kogoś zapytać w nadziei, że wie o rowerach więcej niż my, można pytać też wirtualnie na forach internetowych.

3. „Gdzie będę jeździł?”

WSZĘDZIE! Dosłownie wszędzie! Pomijam już możliwość dojazdu do pracy czy na uczelnię, to sprawa oczywista i nie wiem czy wiesz, ale rowerem dotrzesz szybciej niż autobusem w każde miejsce w mieście. Sprawdzone! Nasza Ojczyzna nie jest jeszcze pełna tzw. ścieżek rowerowych, ale czy prawdziwemu zdobywcy potrzebne jest coś takiego, co nazywa się ścieżka rowerowa? Twoja wyobraźnia jest Twoją drogą! Możesz pojechać tam gdzie zechcesz!

rower03

Są jeszcze inne, chyba najważniejsze plusy jazdy na rowerze. Plusy, które pokrywają się, jeśli chodzi prawie o każdy rodzaj sportu.

Jeśli chcesz dowiedzieć się, jaka istnieje relacja między ciałem, a duchem u mężczyzny, dlaczego warto dbać o swój rozwój fizyczny i co można dzięki temu zyskać, koniecznie zajrzyj do artykułu o bieganiu, który napisał administrator naszej strony Mateusz, „biegnę, by dogonić moje serce”. Mateusz świetnie i wyczerpująco opisuje to zagadnienie, zatem nie ma sensu opisywać go po raz drugi:-)