Archiwa tagu: pielgrzymka

Opowieść Pielgrzyma

Ignacy Loyola

„Opowieść Pielgrzyma”

 


Echo roznosiło wzdłuż korytarzy domu zakonnego suchy, miarowy stukot laski oraz odgłos szurania miękkich pantofli. Nobliwy już Ignacy zgodził się wreszcie po wielu namowach swoich współbraci, by opowiedzieć o swym życiu z czasów zanim został wielkim zakonodawcą. Opowiadał więc, a z jego ust „padały słowa proste, jasne, wolne od afektacji i przesady. Słowa raczej ostrożne niż pochopne, słowa liczące się z niedomaganiami pamięci zmuszonej do cofania się daleko wstecz”. Towarzyszący mu o. Ludwik Gonsalves, człowiek obdarzony niezwykłą pamięcią, z wielką pieczołowitością i dokładnością spisywał wszystko, co od niego usłyszał. Tak powstawała jedyna w swoim rodzaju historia…

Autobiografia?

To raczej zbyt duże słowo.

Świadectwo?

Niezupełnie.

To opowieść o życiu Pielgrzyma – św. Ignacego Loyoli, jednego z najciekawszych i najbardziej osobliwych świętych Kościoła. To zaproszenie do fascynującej wędrówki i przygody, to wejście w tajemnicę duchowości ignacjańskiej u samego jej źródła – zwierzeń człowieka, który potrafił rozmawiać z Bogiem. Gorąco polecam.

J. B.

Pielgrzymka Lwa Judy 2012, czyli…

od Józefa do Józefa

dzień po dniu

Skład:

Michał Przewoźny – kapitan/pierwsza pomoc;

Jacek Blumensztajn – przewodnik;

Łukasz Komorowski – przewodnik;

Przemek Gierszewski – przewodnik;

Mateusz Maciejewski – pierwsza pomoc;

Zbyszek Wiśniewski – pierwsza pomoc;

Wojtek Kujawa – obozownik;

Wojtek Filipiak – obozownik.

Wtorek 3 lipca 2012 – Dzień pierwszy

Na dobry kwadrans przed godziną 7:00 zbieramy się z wolna przed kościołem św. Józefa w Toruniu – najpierw Michał, Zbyszek i ja, później Mateusz, Wojtki, Przemek… Niedługo zacznie się msza, więc ubieramy się w „koszulki pielgrzymkowe” i wchodzimy do środka. Grupka jednolicie ubranych mężczyzn z ciężko opakowanymi plecakami musi budzić zainteresowanie. Ludzie wodzą za nami wzrokiem, lecz my zupełnie beztrosko siadamy w pierwszej ławce. Po nabożeństwie otrzymujemy błogosławieństwo na drogę i w bojowym nastroju gromadzimy się pod figurą św. Józefa. Tu  jeszcze krótka modlitwa, potem pamiątkowa fotografia, ostatnia kontrola plecaków i możemy ruszać w drogę.

Poranek jest rześki, każdy ma jeszcze zapas sił, zatem idzie się dobrze i atmosfera dość gwarna. Wymieniamy uwagi na temat sprzętu, treningu, drogi przed nami oraz przygód, które na nas czekają. Do pierwszego przystanku w niezłym tempie pokonujemy 15 km, poznaną wcześniej drogą, wiodącą przez las poligonowy. Przerwa nie trwa długo, podnosimy się zaraz po drugim śniadaniu. W miejscu dawnej kaplicy czytamy fragment z „Naśladowania Chrystusa” przygotowany do rozważania na dziś i odmawiamy modlitwę św. Patryka. Gdy pada ostatnie „Amen” – idziemy dalej bez zwłoki.

Wkrótce potem opuszczamy las, dukt zmienia się w mało uczęszczaną asfaltową drogę. Słońce podnosi się coraz wyżej, tak, że po pewnym czasie robi się naprawdę gorąco. Zmierzamy do miejscowości Służewo, gdzie planujemy uzupełnić zapasy na wieczór i skorzystać z kąpieli w niewielkim jeziorku. Myśl o chłodnej wodzie krzepi każdego. Być może dlatego pomimo upału wędrujemy całkiem żwawo i szybko docieramy do tablicy z nazwą „Służewo”. Tuż za nią napotykamy na pierwszą tego dnia kapliczkę i jest to kapliczka… ze św. Józefem! Nieoczekiwane znalezisko podnosi morale. W chwilę potem robimy małe zakupy i pływamy w jeziorku. Miejscowi przyglądają się nam z zainteresowaniem, zagadują, wypytują, da się odczuć sympatię z ich strony.

Po kąpieli zaczyna się procedura pielęgnacji stóp, zajmuje to trochę czasu, lecz nikt nie ma wątpliwości, że o nogi musimy dbać w szczególny sposób. Każdy pęcherz czy zranienie bardzo utrudniają marsz, więc lepiej po prostu nie dopuścić do ich powstawania. Przynajmniej tak długo jak to możliwe.

W końcu ruszamy dalej. Do miejsca dzisiejszego obozu nie zostało daleko, lecz idziemy już zdecydowanie wolniej. Zmęczenie sprawia, że zaczynamy bardziej odczuwać ciężar plecaków i każdy następny kilometr zdaje się wydłużać. Gdy docieramy do lasu w Straszewie, mamy za sobą jakieś 30 km. Musimy jeszcze znaleźć odpowiednie miejsce na nocleg. Tu pojawiają się różnice zdań – bardziej zmęczeni są gotowi zostać gdziekolwiek, pozostali szukać dalej. Ostatecznie wynajdujemy całkiem sympatyczną miejscówkę – niewielkie wzniesienie, z polanką po świeżo wyciętym lesie. Wokół dużo chrustu na opał i drzewa osłaniające nas z każdej strony. Jest godzina 18:00. Rozwijamy się i odpoczywamy. Potem jedzenie i wieczorna toaleta. Z rozstawieniem obozu musimy poczekać na Łukasza i Przemka, którzy mają dołączyć wieczorem, bo oni mają drugi tarp i szpilki. Chłopaki dojeżdżają do nas około 20:00, od razu zabieramy się za przygotowanie noclegu. Pierwszy raz idzie nam mało sprawnie, dostosowanie sznurków i wybór właściwego miejsca w połączeniu ze sporą dawką zmęczenia owocują dość nerwową atmosferą. W końcu jednak wszystko jest gotowe. Odmawiamy dziesiątkę różańca, modlitwę św. Ignacego, dzielimy warty i możemy iść spać.

Ale o śnie nie ma mowy. Tej nocy zewsząd obsiadają nas chmary komarów. Nie działają na nie żadne środki. Wyciągam moskitierę, ale to też niewiele daje. Nawet jeśli mnie nie pogryzą to i tak nie dadzą zasnąć – wciąż je słyszę, poza tym wiercimy się wszyscy. Noc gorąca, za gorąca na śpiwory, a jednocześnie nie da się ich rozpiąć, bo komary od razu gryzą jak wściekłe. Męczymy się okrutnie. Moja warta zaczęła się o 1:30, a do tej pory nie zmrużyłem oka. Zastanawiam się co będzie, jeśli takie okażą się wszystkie kolejne noce. Padnę po prostu z wyczerpania. Po godzinie idę obudzić Michała, lecz on i tak nie spał, przywitał mnie słowami: „Moja kolej? Ech… zero snu, zero snu”. „Michał” – odpowiadam nieźle zdenerwowany całą tą nocą – „Nie poddam się przecież przez komary, to raz. A dwa, zamierzam spać choć przez godzinę”. Wyciągnąłem spod tarpu moją karimatę i pałatkę, po czym dołączyłem do Wojtków śpiących już przy ogniu – tam nie gryzły tak mocno…

 

Środa 4 lipca 2012 – Dzień drugi

Zbudził nas chłodny, mglisty i wilgotny świt. Mało kto spał choć przez godzinę. Niezbyt tym zachwyceni zabieramy się za zwijanie obozu, pakowanie i toaletę. Potem poranna modlitwa i kolejny fragment z „Naśladowania Chrystusa”. Wyruszamy bez śniadania, z poczuciem ulgi, że wreszcie opuszczamy Straszewo.

Maszerujemy szybko, z początku deficyt snu nie jest aż tak bardzo odczuwalny. Po około 6 km docieramy do Zakrzewa, tam znajdujemy sklep i jemy pierwszy posiłek, obserwując spod daszku poranną mrzawkę. Kiedy podnosimy się do marszu jakiś pan koniecznie stara się nam wytłumaczyć drogę – przyjmujemy to z cierpliwością, przy okazji upewniając się jaką chcemy iść drogą.

Tego dnia nawigacja wymaga znacznej uwagi. Wędrujemy bowiem przez malownicze, lecz małe i niezbyt dobrze oznakowane wioski. Udaje się nam jednak nie zabłądzić i cały czas posuwamy się naprzód. Czasem pytamy o drogę, czasem ktoś poczęstuje wiśniami. Krok za krokiem, niespiesznie pokonujemy kolejne kilometry. Dystans przewidziany na dziś ma być dłuższy o jakieś 5 km.

Łukasz ma kij, który kupił na pielgrzymce do Santiago. Ten kij robi zawrotną karierę, podobno o wiele łatwiej z nim iść. Co parę kilometrów zmienia właściciela, o czym przekonuje charakterystyczny stukot raz bliżej, raz dalej.

Po południu spadł lekki deszcz – nic poważnego, a zaraz potem niebo bardzo się rozpogodziło. Dłuższą przerwę – obiadową robimy około godz. 13 w Pilichowie. Siadamy na niewielkim trawniku pod płotem dawnego budynku szkoły przerobionego na kamienicę mieszkalną. Nie wiedzieć nawet kiedy postój zmienia się w małą drzemkę. Sen niewątpliwie podreperował nasze siły, powstajemy aby iść dalej. Wtedy dopiero dowiedziałem się, że Wojtek Filipiak złapał jakąś kontuzję nogi. Mimo to postanawia iść z nami dalej.

Droga z Pilichowa do Płowców upływa raczej szybko. W Płowcach zatrzymujemy się tylko na moment przy pomniku upamiętniającym sławną bitwę. Jakiś mężczyzna pyta nas czy chcemy obejrzeć niewielką, raczej nie-zabytkową kaplicę znajdującą się w okolicy. Grzecznie odmawiamy, tym bardziej, że po klucz od niej trzeba by było iść ze dwa kilometry. Jesteśmy już wystarczająco zmęczeni, a przed nam jeszcze spory kawałek – chcemy dojść do Rybin nad Jeziorem Głuszyńskim. „Dzisiaj nie dacie rady tam dojść. Nie dacie rady” – rzuca na odchodne nieznajomy, wcale nie podnosząc nikogo na duchu.

Po następnych 4 km dochodzimy do Witowa. Znajdujemy jakiś sklepik, w którym możemy się zaopatrzyć i rozsiadamy się tam na chwilę. Słaba noc i blisko 30 km w nogach robią swoje. Niezbyt mamy ochotę i siły, aby iść dalej. Wojtek kapituluje, postanawia wycofać się z pielgrzymki. Jest zdecydowany, noga nie daje mu spokoju, dzwoni po transport. Po godzinnej przerwie pozostali podejmują się dalszej drogi. Jezioro wydaje się być już całkiem niedaleko. Zbyszek zaopatrzył się we własna wersję „kija pielgrzymiego” w postaci kijka od szczotki. Przeciągamy się, rozciągamy i idziemy dalej.

Przed nami gęstnieją burzowe chmury, lecz nie ustajemy. Zastanawiamy się tylko czy przyjdzie nam zmoknąć, czy nie. Do jeziora istotnie docieramy szybko, jednakże Rybin wciąż nie widać, tak samo jak perspektyw na dobry nocleg. Decydujemy się rozbić na brzegu jeziora. Niektórzy kręcą nosem, woda = komary. Mimo wszystko ta opcja przeważa, byleby tylko dojść do brzegu. Droga dłuży się niemiłosiernie i ciężkie chmury są coraz bliżej. Badamy wiatr, by upewnić się, w którą stronę przemieszcza się burza. Wygląda na to, że się oddala. Wtem na horyzoncie, pomiędzy nami a a skupiskiem czarnych chmur pojawia się tęcza. Spokój napełnia nam serca, dziś burza nas ominie. Pozostaje tylko kwestia noclegu. Łukasz bada mapę, „Jeszcze dwa kilometry” – oświadcza. Droga jednak jest dłuższa. Pytamy miejscowych, wciąż powtarzają: „Jeszcze kilometr”, tymczasem idziemy, idziemy i nic. Michał nie ma już siły, mówi, że nie może iść dalej, akurat w momencie, gdy chłopaki znajdują drogę do jeziora. Zbyszek zostaje z nim w napotkanym po drodze barze. Pozostali z nas idą szukać miejsca na nocleg. Zaczyna się ściemniać, a my kluczymy pomiędzy działkami szukając przystępu do wody. Zmęczeni i nieco rozgoryczeni pogubiliśmy się nieco, ale ostatecznie wszystkim udaje się dojść w to samo miejsce – cypelek lądu wcinający się w jezioro, odcięty od nabrzeża niewielkim lasem. Wymarzone miejsce. Łukasz idzie po Michała i Zbyszka, by mogli do nas dołączyć. Imponuje mi jego wytrwałość i spokój. Mateusz, Wojtek, Przemek i ja zbieramy resztę sił i zaczynamy rozbijać obóz. Tego dnia w niespełna 15 min. rozstawiliśmy tarpy i przygotowaliśmy ognisko. Wkrótce zgromadziliśmy się wszyscy na modlitwie.

Wielki, pomarańczowy księżyc wisiał nisko nad ziemią. Wspaniale było kąpać się w ciepłej wodzie pod rozgwieżdżonym niebem. Trafiliśmy na pogodną noc, bez komarów, w bajecznym miejscu. Zasnęliśmy twardym, zdrowym snem.

Czwartek 5 lipca 2012 – Dzień trzeci

Kolejny poranek okazał się być równie mglisty i wilgotny jak poprzedni. Z wielkiej wierzby, pod którą spaliśmy spadały na nas grube krople wody. Mokro. Zwinęliśmy się sprawnie, pomodliliśmy i jak wcześniej odeszliśmy bez śniadania, lecz z pewnym sentymentem do tego pięknego miejsca.

Idąc we mgle omijamy mało widoczną drogę prowadząca na południe. Mieliśmy w nią skręcić, skręciliśmy dopiero w następną, a ta niestety oddalała nas nieco od celu. Zorientowaliśmy się dopiero po paru kilometrach, kiepski początek dnia. Nie możemy wracać, szkoda sił. Trzeba raczej wyznaczyć jakąś inną drogę, by wrócić do pierwotnego szlaku. Zatrzymujemy się na śniadanie i zaczynamy rozpytywać mieszkańców. Oni jednak sugerują dużo krótszą (ich zdaniem) trasę, której dotąd nie rozważaliśmy. Przyjmujemy ich propozycje i po śniadaniu ruszamy zadowoleni świeżo odkrytym „skrótem”. Wędrowaliśmy długo i mocno doskwierał nam upał, aż doszliśmy do miejscowości Wierzbie. Trudno było nam określić ile przebyliśmy kilometrów do tego miejsca, może 25? Kończyła się nam woda i zaczęliśmy odczuwać głód. Malutki sklepik, na który w końcu natrafiliśmy stał się dla nas prawdziwą oazą. Najedliśmy się, wykupiliśmy wszystkie kije od szczotek i około godz. 13:00 zasnęliśmy na trawniku za sklepem.

Zainteresował się nami właściciel sklepu. Gdy wytłumaczyliśmy mu kim jesteśmy, uśmiechnął się i podarował zgrzewkę wody. Bardziej realnie ocenił dystans, który przebyliśmy i powiedział ile jeszcze przed nami – okazało się, że jesteśmy dopiero w połowie drogi! Długo zbieramy się do marszu, na dodatek Michał źle się czuje. Nikomu też nie uśmiecha się perspektywa przejścia kolejnych 25 km. Powstajemy jednak i z wolna zaczynamy posuwać się naprzód. Od kapliczki do kapliczki, przed siebie. W Mąkolnie Michał prosi o przerwę, nie ma już sił do dalszej drogi. Nie jest kolorowo, musimy podjąć jakieś decyzje. Postanawiamy iść wszyscy jeszcze 2 km do Przystronia. Gdy tam docieramy, Michał łapie stopa i jedzie do Koła, do mego domu, aby tam odpocząć. Nam zaś pozostaje iść dalej i dołączyć do niego.

Jest godzina 17:00, kiedy startujemy. Posuwamy się naprzód w imponująco szybkim tempie, jak na nasze możliwości po całodniowym marszu, lecz droga bardzo nam się dłuży, dystans jest morderczy. Robimy tylko trzy krótkie przystanki, po każdym z nich jesteśmy coraz słabsi. Morale zaczynają się łamać. O 21:00 docieramy do granicy Koła, musimy się zatrzymać, nie mamy sił do dalszej drogi, a trzeba jeszcze przejść na drugi koniec miasta. Niechętnie, siłą woli, a może z przyzwyczajenia ruszamy dalej. Jest ciężko. Zauważamy, że łatwiej iść śpiewając. Śpiewamy więc, aby skracać drogę i dodawać sobie sił. Do domu docieramy tuż przed godz. 23, wyczerpani do granic możliwości. Kolacja, kąpiel, modlitwa. Zasypiamy – to nasza jedyna noc pod dachem. Zasypiamy, lecz pojawiają się wątpliwości czy pójdziemy dalej. Szacujemy, że dziś przebyliśmy około 50 km z ciężkimi plecakami. Każdy ma jakąś kontuzję.

Piątek 6 lipca 2012 – Dzień czwarty

Wstajemy około godz. 9:00. Potrzebowaliśmy dłuższego snu dla zregenerowania sił. Ostatnie dni dużo nauczyły nas na temat sprzętu, dlatego też opróżniliśmy nasze plecaki z masy rzeczy. Na drodze potrzeba naprawdę niewiele, reszta, nawet najlepsze, markowe wynalazki to zwykle tylko zbędny balast.

Śniadanie, modlitwa w ogrodzie, a potem naprzód przed siebie. Idziemy dalej, choć wczoraj było z nami naprawdę krucho. Co prawda wystartowaliśmy później niż zwykle, lecz nadrabiamy tą stratę dobrym tempem. Pomimo przygrzewającego słońca mijamy kolejne miejscowości – Ruszków II, Ruszków I, w Policach przecinamy autostradę i dalej leśnym duktem docieramy do Cichowa. Tam robimy pierwszy, niedługi postój i bez zbędnej zwłoki ruszamy dalej. Po niedługim czasie jesteśmy w Brudzewie, a za nami niespełna połowa przewidzianej na dziś trasy. Wspaniały wynik. Nie potrzebujemy dłuższego postoju, odnajdujemy właściwą drogę i maszerujemy dalej.

Kolejny raz zatrzymujemy się w Bratuszynie. Pojawiają się pierwsze oznaki zmęczenia. Po dwudziestominutowym postoju przy polnej dróżce odbijamy nieco na wschód, by oddalić się od drogi krajowej, a potem wiejską drogą idziemy na południe kierując się w stronę Turku. Upał. Mijane wsie zdają się nie mieć końca. Przemek zaczyna śpiewać: „Kalinowa hej, hej, hej!”. I tak w kółko. Mieszkańcy Kalinowej przyłączają się do tego śpiewu. Przed Turkiem robimy tylko dwa przystanki. Gdy przed nami pojawiają się budynki elektrowni w Turku przystajemy z radością, robimy zdjęcie i śpiewamy: „Elektrownia hej, hej, hej!”. Nazwa miejscowości z dodatkiem „hej, hej, hej!” zdecydowanie staje się piosenką pielgrzymki.

Do Turku docieramy nieco przed 18. Przez cały dzień nie jedliśmy żadnego konkretnego posiłku, dlatego postanawiamy (po poważnej naradzie) zjeść obiado-kolację w jakiejś restauracji. Krzesła, stół i ciepłe jedzenie są teraz dla nas ogromnym luksusem. Przybywa sił i radości, przed wyjściem musieliśmy się trochę powygłupiać – Mateusz z Przemkiem tańczyli… coś dziwnego.

Ten postój niestety trochę nam się przeciągnął. Zbieraliśmy się zbyt wolno, a mieliśmy przejść jeszcze 4 km. Jednakże dobry posiłek i rześkie wieczorne powietrze dodały nam sił do marszu. Zastanawialiśmy się nawet, czy nie przejść dłuższego dystansu, ale ostatecznie woleliśmy uczciwie wypocząć, by nazajutrz podobnie jak dziś przejść kolejne 30 km.

Obóz rozbiliśmy w lasach w Cisewie za Turkiem. Piękne miejsce – miękki mech, dużo drewna, cisza. Co prawda nocą kręciła się w okolicy burza, tak że w pewnym momencie musieliśmy uciekać przed deszczem do tarpów, niemniej jednak będziemy dobrze wspominać tą okolicę, spaliśmy dobrym snem. I najważniejsze – nie było komarów, były tylko biedronki. Dużo biedronek.

Sobota 7 lipca 2012 – Dzień piąty

Zbudziliśmy się z niespełna godzinnym opóźnieniem. Ostatni z wartowników zawalił sprawę i zasnął. Trochę nas to zezłościło. Spakowaliśmy się i ruszyliśmy w ostatni poważny odcinek na trasie naszej pielgrzymki. Ostatnie 30 km, gdyż zgodnie z planem na niedzielę zostawiliśmy sobie tylko 10 km.

Po 6 km dotarliśmy do Malanowa. Tam skorzystaliśmy z gościny u zaprzyjaźnionej Basi, która poczęstowała nas śniadaniem. Potem ruszyliśmy w dalszą drogę. Tego dnia cały czas mieliśmy wędrować ruchliwą krajówką, niestety nie było dla niej alternatywy. Dzień duszny i gorący, idąc musieliśmy naprawdę zmagać się ze sobą, by nie ustać. Podtrzymywała nas myśl, że przeszliśmy już tak wiele, że Kalisz coraz bliżej, że musimy dać radę. I szliśmy.

Po dłuższym postoju w Cekowie, zaczął padać deszcz. Padał krótko, ale bardzo odświeżył powietrze, na jakiś czas zrobiło się przyjemniej. Ostatnie miejscowości mijamy z dużym wysiłkiem zatrzymując się przy każdym sklepie (nawet przy jednym, który prawie zupełnie świeci pustkami). Otuchy dodają nam przejeżdżający kierowcy, którzy zatrzymują się i wypytują kim jesteśmy i dokąd zmierzamy. Za Kamieniem zostały ostatnie 3 km na dziś – ruszamy.

Nie uszliśmy jednak daleko, gdy złapała nas burza. Deszcz lał się z nieba strumieniami, w oddali niebo przecinały błyskawice. Udało nam się dotrzeć do skraju lasu, w którego głębi mieliśmy rozbić obóz. Zatrzymaliśmy się w przydrożnym przystanku autobusowym, by odpocząć i zastanowić się co dalej. Na zewnątrz lało jak z cebra i choć nie było jeszcze zbyt późno, to otaczała nas ciemność jak w środku nocy. Różne pomysły przychodziły nam do głowy, ale ostatecznie postanowiliśmy zostać w przystanku, by przeczekać deszcz, osuszyć się i wypocząć, a wczesnym rankiem ruszyć wprost do Kalisza bez żadnych postojów.

Zaczęliśmy więc przystosowywać naszą budkę na potrzeby sypialni i suszarni. Pod dachem upchnęliśmy buty, aby schły i nie zabierały miejsca, na ścianach powiesiliśmy deszczówki. Na ziemi rozłożyliśmy plandeki, które nam jeszcze zostały, na nich karimaty i śpiwory, a pod tylną ścianką plecaki jako poduszki i oparcia. Po modlitwie położyliśmy się nogami w stronę jezdni i nim zdążyliśmy zamknąć oczy dane nam było jeszcze przeżyć chwilę napięcia. Otóż, niespiesznie przejechał przed nami policyjny radiowóz, wolno minął przystanek, zatrzymał się, po czym cofnął jak w jakiejś filmowej scenie. Gdy stanął naprzeciw nas poświeciło na nas światło, zgasło, a radiowóz… odjechał. Poczułem jak rozluźniają się moje nerwy. Już widziałem jak tłumaczymy się Policjantom z tego co tu robimy. Na szczęście, po prostu pojechali.

Tej nocy miałem najkrótszą do tej pory wartę i jak nigdy walczyłem ze snem. Wszyscy kiepsko spaliśmy z powodu przejeżdżających aut – co by nie mówić, przystanek autobusowy to nie spokojny las.

Niedziela 8 lipca 2012 – Dzień szósty, ostatni

Wstaliśmy o godz. 4:00. Zwinęliśmy się prędko, pomodliliśmy i rozpoczęliśmy najkrótszy i ostatni w naszej pielgrzymce odcinek. Droga wiodła wciąż prosto i trochę się nam dłużyła, ale rankiem wszyscy mieliśmy jeszcze sporo sił.

Mijamy kolejne tablice miejscowości, zawsze z nadzieją, że ta w oddali to będzie już Kalisz. W końcu jest, upragniony znak – co prawda to dopiero przedmieścia, ale wiemy, że właściwie już dotarliśmy.

 

 Teraz nogi niosą nas już same. Szybko przechodzimy przez miasto i odnajdujemy cel naszej wędrówki – Sanktuarium św. Józefa. Jest 7:20. Najpierw klękamy przed kościołem, a potem zaczynamy zastanawiać się, gdzie moglibyśmy odświeżyć się i przebrać w czyste ubrania, by móc przyzwoicie wyglądać na mszy o 9:30. Nasza pierwsza myśl to znajdujący się blisko Dom Pielgrzyma. Spotykamy jednego, potem drugiego księdza, słuchają nas. Widać, że są zdziwieni, lecz jednocześnie pozytywnie zaskoczeni. Udzielają nam dużego pokoju w Domu Pielgrzyma, możliwości kąpieli i odpoczynku. Wszyscy czujemy wdzięczność, nawet nie marzyliśmy o takim przyjęciu i odpoczynku.

W czasie mszy, zostaliśmy powitani jako pielgrzymi, pozwolono nam przebywać w prezbiterium i przysłużyć się liturgii czytaniami i psalmem. Po nabożeństwie zaproszono nas jeszcze na obiad – dostaliśmy więcej niż się spodziewaliśmy.

Gdy słonecznym popołudniem spacerowaliśmy po Kaliszu każdy z nas czuł dumę z tego, czego udało się nam dokonać, radość przerastającą zmęczenie, pokój sięgający do głębi naszych serc. Udało się nam – doszliśmy. Donieśliśmy nasze intencje aż tutaj, przemierzając drogę, która zmieniała nas, drogę, która nas kształtowała, drogę, w której staliśmy się „kompanią braci”.

J.B.

Zobacz pełną relację fotograficzną z naszej pielgrzymki:

[tube]http://www.youtube.com/watch?v=TRF7P5D7_MI[/tube]

1 Męska piesza pielgrzymka do świętego Józefa

Pielgrzymka w której biorą udział wyłącznie mężczyźni?

Pielgrzymka z noclegami pod gołym niebem?

 Pielgrzymka bez hałasu tego świata?

Pielgrzymka, która jest wędrówką?

Męska pielgrzymka!

droga-czlowiek

Prowadziliśmy przygotowania. Rozpoznawaliśmy teren. Szukaliśmy szlaków. Ćwiczyliśmy wytrzymałość. Przyszedł czas!

W dniach 3-8 lipca 2012 wyruszamy na szlak. Będzie to:

1 męska piesza pielgrzymka do świętego Józefa 

Nasza droga wiedzie od kościoła świętego Józefa w Toruniu do sanktuarium świętego Józefa w Kaliszu.  Pokonamy pieszo około 170 km. 6 dni i 5 nocy,  bez namiotów, bez pomocy z zewnątrz, tylko z tym co w naszych plecakach, w naszych głowach, mięśniach i sercach.

Idziemy z intencją:

„Za wszystkich mężczyzn, by żyli pełnią serca” 

[tube]http://www.youtube.com/watch?v=pPkQDTpqpsk[/tube]

Prosimy każdego o modlitwę w naszej intencji i intencji naszej wędrówki. Niech coraz więcej mężczyzn staje do walki.

Już za rok i Ty będziesz mógł wyruszyć z nami w braterską wędrówkę. Być może wędrówkę Twojego życia.

Zobacz nasze przygotowania do pielgrzymki

Magis Lwa Judy – Poligon

Skład:

Michał Przewoźny – kapitan;

Jacek Blumensztajn;

Jarek Dąbrowski;

Przemek Gierszewski;

Łukasz Komorowski;

Wojtek Kujawa;

Zbyszek Wiśniewski.

– „Prowadź nas Panie drogą prawdy, honoru, pokory i męstwa. Amen.”

Na zegarku 7:15, wyruszamy. Po pół godzinie intensywnego marszu pozostawiamy za sobą ostatnie miejskie zabudowania. Poranek jest chłodny, ale gdy się idzie nie czuć zimna, powietrze zdaje się raczej orzeźwiać i dodawać sił. Tylko wiatr, chwilami przenikliwy, czasami dotyka tak, że po plecach przechodzą dreszcze. Na niebie zaczynają kłębić się coraz gęstsze chmury. Robi się szaro, choć na razie jeszcze nie deszczowo. Po obu stronach szerokiego, głównie piaszczystego duktu aż po horyzont widać jedynie pola rozjeżdżone przez ciężkie pojazdy, pojedynczo rosnące sosny i świerki, w oddali młody, lecz niezbyt gęsty las. Co krok napotykamy na żółte tabliczki ostrzegające przed niewypałami, zwykle z czarnym rysunkiem jakiejś bomby. Trzymamy się więc wytyczonego szlaku, mijając kilka pancernych wraków, jakieś umocnione nasypy oraz bunkry. Droga łagodnymi łukami wije się przez te, trzeba przyznać, osobliwej urody plenery.

Idziemy całkiem szybko, równym tempem. Atmosfera w zespole dobra, nawet dosyć gwarno. Nagle jednak wszyscy milkniemy i stajemy w miejscu. Niespełna 50 metrów przed nami z pobliskiej gęstwiny wybiegło na drogę nieduże stadko saren. Przez dłuższą chwilę przyglądały się nam badawczo, po czym zerwały się do biegu, a za nimi zaczęły wybiegać następne – 5, 10, w sumie może około 20 osobników. Ostatnia z nich, zatrzymała się jeszcze, by popatrzeć na nas z ciekawością, lecz zaraz wstrząsnęła głową i serią bezszelestnych skoków podążyła za resztą. Były tak blisko – wyjątkowo piękny widok.

W ciągu dwóch godzin pokonaliśmy równe 10 km, to zadowalający wynik. Czas na pierwszy, niedługi odpoczynek. Rozsiedliśmy się pod drzewami, akurat, gdy zaczął kropić deszcz. Przerwa trwała równe pół godziny. W tym czasie zdążyliśmy się posilić i zrzucić z barków ciężar plecaków. Wkrótce deszcz przestał padać, zza chmur wyszło słońce, a my byliśmy już spakowani i gotowi do dalszej drogi. Poczułem zadowolenie, trening oraz zdobywane powoli doświadczenie zaczynają przynosić efekty – stajemy się bardziej wytrwali i zdyscyplinowani, mamy też lepiej dobrany sprzęt i ekwipunek. 1/3 planowanej na dziś trasy nie zmęczyła nas prawie wcale.

Już za pierwszym pagórkiem trafiamy na interesujące zjawisko. Pomiędzy drzewami ktoś ogrodził kwadratowy placyk, pośrodku którego stał duży drewniany krzyż. Obchodzimy z ciekawością ten teren, aż odnajdujemy tabliczkę informującą, że niegdyś stała w tym miejscu drewniana kaplica z XVIII w., ale została przeniesiona do jakiegoś skansenu. Poświęcona ziemia. Chwila modlitwy w ciszy, po czym ruszamy dalej.

Około godz. 11:00 schodzimy z typowego leśnego duktu na asfaltową, jakby nieco zapomnianą drogę, prowadzącą wprost na południe od Torunia. Przez moment bawimy nad rzeczką Fążyną, po czym formujemy kolumnę i idziemy przed siebie. Jednak niespodziewanie na 18 kilometrze Michał prosi o przerwę, utyka, potrzebuje odpocząć i obejrzeć stopę. Decydujemy się na wcześniejszy popas. Znajdujemy oddalone nieco od drogi skupisko drzew i tam się rozkładamy. Zapowiada się dłuższy postój, Michał coś niewyraźny, a przecież zwykle się nie oszczędza. Zdejmuję polar i buty, aby wiatr osuszył je z potu, potem rozwijam karimatę i siadam okrywając się pałatką. Pora na obiad. Każdy z nas sięga po prowiant, częstujemy się tym, co zabraliśmy ze sobą. Po posiłku wyciągam Oremusa, jest dosyć czasu, więc mogę zajrzeć do dzisiejszych czytań. Łukasz struga coś nożem w kawałku drewna, Przemek rozciągnął się i przysnął, Michał opatruje odciski na stopie, pozostali o czymś dyskutują. Po godzinnym postoju zwijamy się i idziemy dalej.

Pogoda kapryśna, ale ogólnie niegroźna. Na przemian słońce i deszcz, tylko wiatr się nie zmienia. Nie warto nawet ściągać pałatki, to co zmoknie w deszcz, akurat wysycha na słońcu. Po pewnym czasie zaglądamy do mapy. Wygląda na to, że zgapiliśmy dukt, w który mieliśmy skręcić – teraz jest już daleko za nami. Nie warto wracać. Postanawiamy skorygować trasę i iść do końca dotychczasową drogą, a później prosto przez las do okolicy, którą zamierzaliśmy osiągnąć – bez ścieżki też damy radę. Musieliśmy wyglądać jak niezła banda partyzantów, gdy tak wyszliśmy spomiędzy drzew i przeszliśmy najpierw przez rogatki kolejowe, następnie zaś przez ruchliwą krajówkę, by ponownie zagłębić się w puszczę.

Teren staje się coraz bardziej pagórkowaty. W końcu wspinamy się na dość znaczne wzniesienie, z którego wierzchołka  jak na dłoni widać całą okolicę. To chyba najwyższy punkt na tym obszarze. Pod nami rozciąga się falujące morze lasów, a hen daleko majaczą konstrukcje znajomych wież – port drzewny. Z wysoka łatwo się zorientować. Po niedługiej naradzie schodzimy w dół, już wiemy jak iść dalej.

Zmęczenie zaczyna powoli dopadać nas po jakichś 25 kilometrach. Nieustanne podchodzenie i schodzenie po piaszczystych pagórkach jest wyczerpujące.  Około 16:20 decydujemy się maszerować do godz. 17:00, szukając jednocześnie odpowiedniego miejsca na obóz i nocleg. Przez dłuższy czas jednak nie możemy natrafić na nic ciekawego, wokół tylko same młode i niezbyt gościnne zagajniki. Na kolejnym rozstaju dróg rozdzielamy się, część z nas zostaje z bagażem, a Łukasz, Wojtek i Zbyszek rozchodzą się, by poszukać jakiegoś dobrego miejsca. Niestety wracają bez dobrych wieści. Łukasz mówi, że dalej las zdaje się zmieniać i za parę kilometrów możemy coś znaleźć. Nie wszyscy chcą iść, zwłaszcza w niepewne, ale ostatecznie podnosimy się do marszu. Pa jakichś 2 km z młodych zagajników faktycznie przechodzimy do takiego lasu jakiego szukaliśmy, a w nim natrafiamy na wymarzone wprost miejsce na nocleg – niewysoką górkę, z mniej więcej płaskim zagłębieniem pośrodku, tworzące swego rodzaju kotlinkę.

Na miejscu Michał rozdziela obowiązki – Jarek rozpala ognisko, a pozostali rozstawiają obóz. Przełamujemy zmęczenie i natychmiast zabieramy się do pracy. Nie mamy żadnych narzędzi oprócz noży i wiatr trochę przeszkadza, lecz dajemy sobie radę. Po pół godzinie wygrzewamy się przy ogniu, a za nami stoją przyzwoicie rozłożone tarpy. Przeszliśmy 30 km, trochę zmarzliśmy i zgłodnieliśmy, więc pora na kolację. Wojtek i Zbyszek żartują, że Jarek mógłby nam teraz jeszcze coś ugotować. Na to Jarek zupełnie poważnie wyciąga blaszaną menażkę i nalewa do niej wody, następnie poprawia polana na ognisku i stawia na nich puszkę z wodą. Patrzymy po sobie zdziwieni i zaciekawieni. Po niedługim czasie woda zawrzała, a Jarek zdjął pojemnik z paleniska i wsypał do niego dwie zupki w proszku – voila, mamy ciepły posiłek, prawdziwy skarb po tym wyczerpującym dniu i daniach z puszki. Siedząc w kręgu przekazywaliśmy sobie z rąk do rąk „zupę pokoju”.

Czas zdecydowanie zwolnił, słońce niespiesznie opuszczało się za horyzont, nawet wiatr ucichł. Wpatrzeni w radosny, ciepły ogień opowiadaliśmy różne historie i wymienialiśmy się doświadczeniami. Póki jeszcze było widno poćwiczyliśmy z chłopakami rzucanie nożem do drzew. Przed snem zebraliśmy się wszyscy wokół ogniska, aby wspólnie odmówić dziesiątkę różańca. Chwila skupienia w ciszy, potem Michał przypomina o intencjach naszego plutonu, modlimy się stojąc, a nasze głosy szczególnie współbrzmią z leśną ciszą.

Pierwszą wartę wylosował Przemek, ja zaraz po nim. Pomyślałem, że nie warto spać przez godzinę, a potem wstawać na godzinę warty, dlatego zostałem razem z nim. Chłopaki położyli się pod tarpami, a my usiedliśmy naprzeciw siebie w milczeniu, by uszanować ich sen i podtrzymywaliśmy nieduży ogień w palenisku. Po nieco ponad godzinie Przemek poszedł spać. Zostałem sam. Wokół mnie rozpościerał się las osrebrzony księżycową poświatą, między koronami drzew na kryształowym sklepieniu rozbłyskały plejady gwiazd z moim ulubionym Pielgrzymem prawie dokładnie nade mną, za plecami równy oddech śpiących towarzyszy, przede mną trzaskające w ogniu gałązki. Ileż myśli i uczuć można usłyszeć, poznać i uporządkować w taką noc… Ileż spokoju wlewa się do serca. Człowiek jakby zbliżał się do siebie i stawał się bardziej sobą. Tutaj, w tych warunkach, uderzająco prawdziwa okazuje się ewangeliczna logika zakładająca, że rezygnacja ze swego prowadzi do nadmiaru. Licząc wyłącznie na własne siły nie zaszlibyśmy daleko, egoizm w istocie jest zgubny. Gdy służymy sobie nawzajem oddając coś z siebie, gdy wspieramy się we wspólnej wędrówce, wówczas niczego właściwie nam nie brakuje, a doświadczane trudności jedynie budują nas, naszą więź, nasze człowieczeństwo stworzone na obraz Boży. Północ. Dokładam do ognia, by wokół zrobiło się nieco jaśniej i budzę Łukasza – zmiana warty. Zasypiam twardym snem.

O 5:00 Zbyszek budzi wszystkich. Jest tak zimno, że nie chce się wychodzić ze śpiworów. Na szczęście zachowaliśmy ogień do rana – daje dużo ciepła. Zbieram się w sobie, wstaję. Zaczynamy od śniadania. Wojtek smaży kiełbasę w Jarkowej puszce, sięgamy po resztę prowiantu. Po posiłku trzeba się przemóc, aby w porannym chłodzie przebrać się w strój dzienny. Znów dzielimy się obowiązkami – Łukasz i ja idziemy po piasek do zagaszenia ogniska, Jarek wypala je na drobny popiół, reszta chłopaków zwija tarpy. Wkrótce jesteśmy już spakowani, palenisko zagaszone i zabezpieczone, przed wymarszem gromadzimy się jeszcze na wspólną modlitwę. Dziś wracamy do Torunia.

Dobrze się idzie. Początkowo mięśnie przypominają o sobie, ale potem przestają kaprysić. Pan podarował nam piękny, bardzo pogodny poranek. Po nocy w lesie zmysły stają się wrażliwsze, w czasie wędrówki można dostrzegać więcej szczegółów. Utrzymujemy niezłe tempo, tak że szybko pokonujemy dystans niespełna 10 km i dochodzimy do malutkiej, wręcz zapomnianej stacyjki pkp w Cierpicach. Pociąg mamy za godzinę, więc spokojnie rozkładamy się na trawce i czekamy. Dyżurny chyba specjalnie dla nas zapowiada pociąg przez głośniki. Około 10:00 jesteśmy w Toruniu.

Na dworcu podchodzi do nas grupka chłopaków w naszym wieku. Wyglądają jakby balowali całą noc. Nieco wcięci, mówią coś niby do nas, niby między sobą, jak dzieci próbujące zwrócić na siebie czyjąś uwagę. Pytają skąd wracamy i nie mogą uwierzyć, kiedy ktoś z nas im odpowiada. Trudny do opisania smutek chwyta za serce. Właśnie wróciliśmy z poligonu, gdzie doświadczaliśmy życia, tymczasem tylu mężczyzn wciąż nie wie, że toczy się wojna. Wojna o serca i dusze, od której nie można uciec, bo ucieczka zawsze jest klęską, a tylko walka podejmowana co dzień od nowa – zwycięstwem.

J.B.

ZOBACZ JAK TO BYŁO:

[tube]http://www.youtube.com/watch?v=ygsE8M64720[/tube]

Magis Lwa Judy – Puszcza Bydgoska

 

Skład:

Michał Przewoźny – kapitan;

Jacek Blumensztajn;

Jarek Dąbrowski;

Piotr Faltynowski;

Łukasz Komorowski;

Wojtek Kujawa;

Zbyszek Wiśniewski.

Autobus zatrzymał się na pustej drodze. Udało nam się przekonać kierowcę, aby stanął wcześniej i nie wiózł nas aż do przystanku w Cierpicach. Zaczynamy więc w dogodnym miejscu. Małe przegrupowanie i pierwsza zbiórka. Michał wyciąga mapę i objaśnia nam trasę, potem wspólna modlitwa i ruszamy w drogę.

Najpierw przechodzimy przez stary cmentarz menonitów, później maszerujemy wałami nad Wisłą. Świetne widoki, wiatr niesie zapach wody. Dobrze się idzie. Gadamy z Faltynem. Kilometry całkiem gładko schodzą, jeszcze nie jesteśmy zmęczeni. Słońce dość ostro grzeje, jasna koszula na długi rękaw i kapelusz były zdecydowanie dobrym pomysłem.

Uszliśmy może 6 km, kiedy szlak nagle się urwał – drogę przecięła średnio-szeroka rzeczka-kanał. Szukamy sposobu, aby ją obejść, ale wokół tylko stawy, bagna i grząskie kanały z brudną stojącą wodą. Chyba nie da rady. Wracamy do rzeczki. Płynie w głębokim wąwozie i jest za duża, aby ją przeskoczyć. Łukasz ściąga buty i spodnie – idzie sprawdzić jak jest głęboko. My patrzymy z uwagą… po kolana, po pas…, trochę wyżej, lecz ogólnie nieźle, można przejść. Ściągamy więc ciuchy, chowamy je do plecaków, plecaki w ręce nad głowę i jeden za drugim wolno brniemy w poprzek nurtu. Gdy wszyscy przechodzą na drugi brzeg od razu idziemy dalej, jeszcze mokrzy, niekompletnie ubrani i boso. Przecinamy ugór po małym poletku kukurydzy i przystajemy na chwilę w słońcu, by przeschnąć i ubrać się. Dookoła malownicze i tętniące życiem rozlewiska. Bajeczne widoki.

Po chwili wszyscy są gotowi. Piotrek kończy tylko opatrywać stopę, bo coś mu się wbiło. Przed nami czeka na sforsowanie wysokawa i stroma skarpa. Wchodzimy gęsiego. Ziemia osypuje się spod stóp i krzaki trochę przeszkadzają, lecz lekko dajemy radę. Na górze robimy pierwszy postój. Mieliśmy robić co 10 km, tymczasem mamy trochę ponad 6 km. Uznaliśmy jednak, że wrażeń było dość, by chwilę odpocząć. Jemy śniadanie, potem zbieramy plecaki i do przodu.

Dalsza droga wiedzie przez las. Z lewej drzewa, z prawej rozlewiska Wisły, a przed nami coraz bardziej nikły zarys czerwonego szlaku. Oznaczenia jeszcze są, tylko ścieżka jakoś nie za bardzo. Wkrótce wyrastają przed nami gęste zarośla, przedzieramy się wśród ostrych gałęzi, które szarpią za ubrania. Może po kwadransie pojawia się wreszcie wyraźna droga, a krzaki rzedną. Po chwili przemierzamy już dukty dostojnego boru.

Mija parę kolejnych kilometrów, a my odbijamy od rzeki kierując się w głąb puszczy. Słońce w zenicie, na szczęście drzewa udzielają nam cienia. Ogólnie gorąco. Droga przez las dłuży się, godzina wlecze się za godziną, kilometry nabijamy powoli, ale nie ustajemy. Czerwony szlak przechodzi w niebieski, my idziemy dalej. Wojtek sam lub ze Zbyszkiem z przodu, pozostali nieco za nimi. Stopniowo zaczyna dotykać nas zmęczenie i choć nie jest aż tak źle, to plecaki wydają się nieco cięższe. Robimy drugi poważniejszy postój, za nami 20 km. Posiłek, odpoczynek i moment wytchnienia, a potem w górę serca! Do następnego punktu mamy 4-5 km. Tylko tyle? Zmienia się nam proporcja odległości.

Idziemy. Przed nami wynurzają się w oddali maszty Polskiego Radia pod Solcem Kujawskim. Wchodzimy na teren dawnego pruskiego poligonu. Tabliczki ostrzegają przed starymi niewypałami. Maszerujemy gęsiego mało wyraźną ścieżką. Krajobraz powoli się zmienia. Wokół coraz mniej drzew, raczej karłowata kosodrzewina i to też z rzadka. Na przemian podchodzimy lub schodzimy z piaszczystych pagórków w popołudniowym słońcu. Stopy grzęzną i upał robi swoje. Podobno w okolicy jest małe jeziorko. Rozglądamy się, aby je znaleźć. Wizja chłodnej kąpieli podoba się każdemu. W końcu się udaje. Szybko ściągamy plecaki i za chwilę pluskamy się w wodzie jak dzieciaki. Woda czysta, nawet ciepła, bardzo odświeżająca. Wszyscy czujemy, jakbyśmy zmyli z siebie przebyte kilometry – świetna sprawa. Robimy tu dłuższy postój, a wieczorem ruszamy dalej w las.

Powoli zaczyna się ściemniać. Szukamy odpowiedniego miejsca na obóz. Po jakimś czasie się udaje. Znajdujemy rzadziej rosnące drzewa i w miarę równy teren. Nie jest idealnie, ale nikomu nie chce się szukać dalej. Siadamy zmęczeni – bez kilkudziesięciu metrów przeszliśmy równe 30 km. Odpoczywamy, jemy i powoli przygotowujemy się na sen. Noc z wolna i delikatnie rozpostarła ciemną zasłonę ponad koronami drzew. Nad głowami mamy krąg ugwieżdżonego nieba z jasnym księżycem, wokół pusto i cicho, słychać tylko lekkie westchnienia lasu i skrzypienie drzew na wietrze. Usuwamy mały fragment ściółki i rozpalamy tam niewielkie ognisko. Wystarczy, daje dość światła i ciepła. Gawędzimy, niektórzy badają odciski i pęcherze. Z Piotrem i Łukaszem odpalamy fajki. Czas spokojnie płynie.

Przed snem losujemy kolejność wart, po czym bez zbędnego gadania zasypiamy. Rozkładam karimatę na miękkim, suchym i ciepłym mchu, chowam się w śpiwór i zamykam oczy. Mogę spać spokojnie, ktoś będzie czuwał.

Otwieram oczy, nade mną pochyla się ciemna sylwetka. To Wojtek. Obudził mnie, bo przyszła kolej na moją wartę. Jest ciemniej i chłodniej, księżyc zaszedł, na niebie wyraźny jest tylko Wielki Wóz. Zerkam na zegarek, jest 1:30. Siadam, przecieram oczy. Słyszę równy oddech chłopaków, śpią. Teraz ja pilnuję. Wyjmuję różaniec, wspaniała pora na rozmyślanie. Po godzinie budzę Jarka – zmiana warty. Zasypiam znów.

Poranek jest chłodny i rześki. Wstajemy szybko, trzeba się rozgrzać i rozruszać. Biegniemy ze Zbyszkiem małą rundkę po lesie. Po pół godzinie wszyscy są spakowani i gotowi. Wychodzimy z lasu. Niedługo wrócimy pociągiem do Torunia.

J.B.

ZOBACZ JAK TO BYŁO:

[tube]http://www.youtube.com/watch?v=MdCl7HK4X3c[/tube]