Archiwa tagu: patriotyzm

Bóg umacnia, czyli rzecz o wierności do końca. 2 Księga Machabejska 7, 1-42.

Seven Brothers, Martyrs

STARY TESTAMENT

2 Księga Machabejska, rozdział 7, ww. 1-42.

Męczeństwo siedmiu braci i ich matki

Siedmiu braci razem z matką również zostało schwytanych. Bito ich biczami i rzemieniami, gdyż król chciał ich zmusić, aby skosztowali wieprzowiny zakazanej przez Prawo.  Jeden z nich, przemawiając w imieniu wszystkich, tak powiedział: «O co pragniesz zapytać i czego dowiedzieć się od nas? Jesteśmy bowiem gotowi raczej zginąć, aniżeli przekroczyć ojczyste prawa». Rozgniewał się na to król i kazał rozpalić patelnie i kotły. Skoro tylko się rozpaliły, rozkazał temu, który przemawiał w imieniu wszystkich, obciąć język, ściągnąć skórę z głowy i obciąć końce członków, na oczach innych braci i matki. Gdy był on już całkiem bezwładny, rozkazał go sprowadzić do ognia, bo jeszcze oddychał, i smażyć na patelni. Gdy zaś swąd z patelni szeroko się rozchodził, [pozostali bracia] wzajemnie razem z matką napominali się, aby mężnie złożyć życie. Mówili w ten sposób: «Pan Bóg widzi i naprawdę ma litość nad nami, zgodnie z tym, co Mojżesz przepowiedział w pieśni, która wyraźnie o tym świadczy w tych słowach: Będzie miał litość nad swymi sługami».

Kiedy pierwszy w ten sposób zakończył życie, przyprowadzono drugiego na miejsce kaźni. Gdy ściągnięto mu skórę z głowy razem z włosami, zapytano go: «Czy będziesz jadł, zanim ciało, członek po członku, będzie poddane kaźni?» On zaś odpowiedział ojczystą mową: «Nie!» Dlatego on także z kolei został poddany katuszom, jak pierwszy. W chwili, gdy oddawał ostatnie tchnienie, powiedział: «Ty, zbrodniarzu, odbierasz nam to obecne życie. Król świata jednak nas, którzy umieramy za Jego prawa, wskrzesi i ożywi do życia wiecznego».

Po nim był męczony trzeci. Na żądanie natychmiast wysunął język, a ręce wyciągnął bez obawy i mężnie powiedział: «Od Nieba je otrzymałem, ale dla Jego praw nimi gardzę, a spodziewam się, że od Niego ponownie je otrzymam». Nawet sam król i całe jego otoczenie zdumiewało się odwagą młodzieńca, jak za nic miał cierpienia.

Gdy ten już zakończył życie, takim samym katuszom poddano czwartego. Konając tak powiedział: «Lepiej jest nam, którzy giniemy z ludzkich rąk, w Bogu pokładać nadzieję, że znów przez Niego będziemy wskrzeszeni. Dla ciebie bowiem nie ma wskrzeszenia do życia».

Następnie przyprowadzono piątego i poddano katuszom. On zaś wpatrując się w niego powiedział: «Śmiertelny jesteś, choć masz władzę nad ludźmi i czynisz to, co zechcesz. Nie myśl jednak, że nasz naród jest opuszczony przez Boga. Ty zaś zaczekaj, a zobaczysz wielką Jego moc, jak ciebie i twoje potomstwo podda katuszom».

Po nim przyprowadzono szóstego, ten zaś konając powiedział: «Nie oszukuj na darmo sam siebie! My bowiem z własnej winy cierpimy, zgrzeszywszy przeciwko naszemu Bogu. Dlatego też przyszły na nas tak potworne nieszczęścia. Ty jednak nie przypuszczaj, że pozostaniesz bez kary, skoro odważyłeś się prowadzić wojnę z Bogiem».

Przede wszystkim zaś godna podziwu i trwałej pamięci była matka. Przyglądała się ona w ciągu jednego dnia śmierci siedmiu synów i zniosła to mężnie. Nadzieję bowiem pokładała w Panu. Pełna szlachetnych myśli, zagrzewając swoje kobiece usposobienie męską odwagą, każdego z nich upominała w ojczystym języku. Mówiła do nich: «Nie wiem, w jaki sposób znaleźliście się w moim łonie, nie ja wam dałam tchnienie i życie, a członki każdego z was nie ja ułożyłam. Stwórca świata bowiem, który ukształtował człowieka i wynalazł początek wszechrzeczy, w swojej litości ponownie odda wam tchnienie i życie, dlatego że wy gardzicie sobą teraz dla Jego praw».

Antioch był przekonany, że nim gardzono i dopatrywał się obelgi w tych słowach. Ponieważ zaś najmłodszy był jeszcze przy życiu, nie tylko dał mu ustną obietnicę, ale nawet pod przysięgą zapewnił go, że jeżeli odwróci się od ojczystych praw, uczyni go bogatym i szczęśliwym, a nawet zamianuje go przyjacielem i powierzy mu ważne zadanie. Kiedy zaś młodzieniec nie zwracał na to żadnej uwagi, król przywołał matkę i namawiał ją, aby chłopcu udzieliła zbawiennej rady. Po długich namowach zgodziła się nakłonić syna. Kiedy jednak nachyliła się nad nim, wtedy wyśmiewając okrutnego tyrana, tak powiedziała w języku ojczystym: «Synu, zlituj się nade mną! W łonie nosiłam cię przez dziewięć miesięcy, karmiłam cię mlekiem przez trzy lata, wyżywiłam cię i wychowałam aż do tych lat. Proszę cię, synu, spojrzyj na niebo i na ziemię, a mając na oku wszystko, co jest na nich, zwróć uwagę na to, że z niczego stworzył je Bóg i że ród ludzki powstał w ten sam sposób. Nie obawiaj się tego oprawcy, ale bądź godny braci swoich i przyjmij śmierć, abym w czasie zmiłowania5 odnalazła cię razem z braćmi».

Zaledwie ona skończyła mówić, młodzieniec powiedział: «Na co czekacie? Jestem posłuszny nie nakazowi króla, ale słucham nakazu Prawa, które przez Mojżesza było dane naszym ojcom. Ty zaś, przyczyno wszystkich nieszczęść Hebrajczyków, nie uciekniesz z rąk Bożych. My bowiem cierpimy za nasze własne grzechy. Jeżeli zaś żyjący Król nasz zagniewał się na krótki czas, aby nas ukarać i poprawić, to znów pojedna się ze swoimi sługami. Ty zaś, bezbożny i pomiędzy wszystkimi ludźmi najbardziej nikczemny, nie wynoś się na próżno łudząc się zwodniczymi nadziejami. Nie podnoś ręki na niebieskie sługi. Jeszcze bowiem nie uciekłeś przed sądem wszechmocnego i wszystkowidzącego Boga. Teraz bowiem nasi bracia, którzy przetrwali krótkie cierpienia prowadzące do wiecznego życia, stali się uczestnikami [obietnic] przymierza Bożego. Ty zaś na sądzie Bożym poniesiesz sprawiedliwą karę za swoją pychę. Ja, tak samo jak moi bracia, i ciało, i duszę oddaję za ojczyste prawa. Proszę przy tym Boga, aby wnet zmiłował się nad narodem, a ciebie doświadczeniami i karami zmusił do wyznania, że On jest jedynym Bogiem. Na mnie i na braciach moich niech zatrzyma się gniew Wszechmocnego, który sprawiedliwie spadł na cały nasz naród». Wtedy król rozgniewał się i kazał go poddać straszniejszym męczarniom niż innych. Gorzkie mu bowiem były wyrzuty. Tak więc i ten zakończył życie czysty i pełen ufności w Panu. Ostatnia po synach zmarła matka. To niech wystarczy o ucztach ofiarnych i o okrutnych katuszach.

„Gladiator”. Jakie jest Twoje Imię?

„Gladiator”

reż. Ridley Scott

„Niewolniku! Zdejmij hełm i powiedz mi swoje imię!” – zawołał cesarz za odchodzącym gladiatorem.

„Mam na imię Maximus Decimus Meridius” – odpowiedział odwracając się – „Dowódca Północnych Armii, generał legionu „Felix”, wierny sługa prawdziwego cesarza – Marka Aureliusza. Ojciec zamordowanego syna, mąż zamordowanej żony, których pomszczę w tym życiu lub w przyszłym”.

Kommodus struchlał słysząc te słowa. Poczuł się jak człowiek, któremu nagle zaczyna usuwać się grunt pod stopami. Żadna, zaprawdę żadna groźba nie mogła być straszniejsza niż to imię, które pieczołowicie starał się wymazać z pamięci.

„Gladiator”, czyli opowieść o losach rzymskiego legionisty Maximusa, to wspaniałe studium wojowniczej strony męskiej natury. Główny bohater natomiast koncentruje w sobie jej najczystsze i najważniejsze cechy. Zapewne właśnie dlatego jego postawa w szczególny sposób dotyka serca i skłania do zastanowienia nad sobą samym… Kim jestem? Jakie jest moje Imię? Kto mi je nadał? Co ono znaczy i jaka siła jest w nim zawarta? Czy jestem świadom tego, że każdego dnia, czy tego chcę czy nie, znajduję się na polu wielkiej duchowej wojny? Czy znam mojego Wroga i jego sposoby walki? Walczę, leżę czy się chowam w boju o duszę i godność własną oraz mych bliskich? Czy ja w ogóle potrafię walczyć? A w codziennym życiu? – okazuję się wojownikiem, czy raczej tchórzem lub konformistą udającym, że nic się nie dzieje, gdy trzeba działać? Maximus – zaprawiony twardym i trudnym życiem, dobrze znający smak bólu i goryczy, bogaty w przyjaźń, wierność oraz miłość, podnosi głowę i sam staje naprzeciw cesarskiej potęgi, która chwieje się ze strachu przed tym jednym Mężczyzną. Jak skończy się jego zmaganie? Zachęcam do oglądania i chwili refleksji, naprawdę warto, gdyż…

„Nasze czyny za życia brzmią echem w wieczności”

Siły zła drżą przed imionami mężczyzn świadomych własnej tożsamości, pewnych miejsca i roli na ziemi, które wyznaczył im Bóg. A więc jakie jest Twoje Imię?

http://www.youtube.com/watch?v=I25Wp6ZLk7Y&list=PLAF10487092E42BD8&index=6

J. B.

„Braveheart”. Walcz o swoje serce!

 „Braveheart – Waleczne Serce”

reż. Mel Gibson

Ta doskonale zrealizowana i pełna rozmachu opowieść o życiu średniowiecznego szkockiego patrioty zmagającego się z tyranią angielskich okupantów, zdecydowanie przekracza ramy historii Williama Wallace’a. „Braveheart” to bez wątpienia jeden z tych filmów, które potrafią skłonić do refleksji nad własnym życiem, to film wielopłaszczyznowy i ponadczasowy.

Czytaj dalej „Braveheart”. Walcz o swoje serce!

Żołnierz czy prorok?

2012. Rok ks. Piotra Skargi

Wyobraźmy sobie, że jest rok 2412; nie nastąpił żaden koniec świata, ludzie nadal żyją i wprowadzają coraz to nowsze formy organizacji społecznej, doskonalsze technologie, wydłużają swój wiek życia, ale też zastanawiają się, co czeka człowieka po śmierci i sprawy wiary nie przestały ich interesować. Przedstawmy też sobie przyszłych historyków, którzy badając przeszłość skupiają uwagę na „naszych” czasach przełomu II. i III. tysiąclecia. Gdy zagłębiamy się w biografię ks. Piotra Skargi, którego 400. rocznicę śmierci będziemy obchodzić 27 września tego roku, postępujemy podobnie jak ci, potencjalni za 4 wieki, badacze naszych czasów. Przyglądając się Skardze z tak długiej perspektywy próbujemy zrozumieć jego epokę, jakże różną od naszej, poznać mechanizmy wtedy działające, a tym samym odtworzyć sylwetkę jezuity, który jest zgodnie uznawany za największego kaznodzieję dawnej Polski, wybitnego pisarza i twórcę języka polskiego, filantropa i promotora zorganizowanej dobroczynności, człowieka solidarnego z ubogimi. Postać Piotra Skargi kojarzy się nam nieodparcie z natchnioną wizją królewskiego kaznodziei ze słynnego obrazu Jana Matejki. Gotowi jesteśmy nawet uznać ten romantyczny, XIX-wieczny wizerunek za niemalże „fotografię” polskiego proroka. Czy jednak Skarga z rękami uniesionymi do góry, rozwianymi, siwymi włosami i wzrokiem gromiącym możnych tego świata nie został za bardzo odrealniony?

Syn Mazowsza

 Piotr Skarga urodził się 2 lutego 1536 roku w Grójcu (gdzie w święto Ofiarowania Pańskiego A. D. 2012 został zainaugurowany ogólnopolski Rok Skargowski). Był najmłodszym dzieckiem w rodzinie Michała i Anny ze Świętków. Właściwie jego dziad i ojciec nosili nazwisko Powęski albo Pawęski, co wskazywałoby, że byli właścicielami wsi Powązki lub Powęzki. Rodzina wywodziła się prawdopodobnie z grójeckich mieszczan i została oficjalnie nobilitowana, czyli podniesiona do stanu szlacheckiego za Zygmunta III Wazy w 1593 r. „Skarga”, jak się przypuszcza, to przydomek nadany jego dziadkowi, Janowi Powęskiemu, ze względu na skłonność do skarg i narzekań, a także częste procesowanie się w sądach. Przydomek okazał się na tyle trafny, że został przyjęty przez potomków za formę nazwiska, które nie odgrywało w owych czasach tak mocnej roli identyfikacyjnej jak dzisiaj. Piotr dość wcześnie stracił rodziców, których zastąpili mu starsi bracia. Po nauce w szkole parafialnej zapisał się na Akademię Krakowską jako Piotr Michał z Grodźca (czyli z Grójca). Po jej ukończeniu ze stopniem bakałarza zostaje w 1564 r. wyświęcony na kapłana i aktywnie działa we Lwowie. Jednak „niespokojny duch” (mówi się, że miał choleryczny temperament) nie pozwala mu długo pozostawać w jednym miejscu. Wyjeżdża najpierw do Wiednia jako opiekun młodego magnata Jana Tęczyńskiego, a w 1569 r. udaje się do Rzymu, tym razem jednak z zamiarem wstąpienia do nowego wówczas zakonu jezuitów. Tutaj odbywa nowicjat a potem pogłębia i uzupełnia studia w słynnym Kolegium Rzymskim, świetnie opanowując łacinę klasyczną, Pismo św. oraz dzieła Ojców Kościoła. W przyszłości połączy staranne wykształcenie z żywym zaangażowaniem i działalnością społeczną. Jego kaznodziejstwo i pisarstwo będzie się wyróżniać solidnym przygotowaniem biblijno-patrystycznym z jednej strony, a z drugiej – podejmowaniem aktualnych wyzwań stojących przed Kościołem czasów reformacji oraz pragnieniem odnowienia społeczeństwa I Rzeczpospolitej. Pobyt Skargi w Rzymie przypada na czas tuż po Soborze Trydenckim (1545-1563), okres wprowadzania w życie ważnych reform Kościoła zagrożonego rozpadem. Młody jezuita musiał żyć tymi ideami, skoro przeszedł do historii jako jeden z promotorów ruchu potrydenckiego w Polsce, stawiających sobie jako główne zadanie obronę wiary ojców. Należał do pierwszego pokolenia jezuitów polskich, Chrystusowych żołnierzy, żarliwych synów św. Ignacego Loyoli, podejmujących misję wszędzie tam, gdzie posyła ich Namiestnik Chrystusa na ziemi. A terenem działania Skargi była Rzeczpospolita Obojga Narodów, potężne państwo ówczesnej Europy.

Gorliwy i miłosierny

Skarga dał się najpierw poznać jako zdolny organizator szkolnictwa i oświaty, pierwszy rektor Akademii Wileńskiej, założyciel kolegiów jezuickich w Połocku, Rydze i Dorpacie. Działalności edukacyjnej, tak ważnej dla jezuitów, towarzyszyła własna twórczość. Jako pisarz posługujący się językiem barwnym i żywym, mocno osadzonym w Biblii, stał się Skarga autorem niezwykle popularnych „Żywotów świętych”, nazywanych dziś staropolskim bestsellerem, poczytnym i wielokrotnie wznawianym. Ta odnowiona w duchu Soboru Trydenckiego hagiografia, przedstawiająca m. in. polskich świętych, była często jedyną, posiadaną przez rodziny książką, swoistym elementarzem, z którego uczono się czytać. Pięknie i wzruszająco opisuje to w powieści „Matka” Ignacy Maciejowski, XIX-wieczny pisarz, pokazując, jak wielkie znaczenie ma Skarga w kulturze polskiej.

Jako superior domu i rektor kościoła św. Barbary w Krakowie (funkcje objął w 1584 r.) zasłynął z działalności dobroczynnej. Tutaj właśnie założył Bractwo Miłosierdzia, które było zorganizowaną formą świadczenia dobroczynności, poprzednikiem dzisiejszego Caritasu i innych organizacji charytatywnych. Niezwykłym dziełem był założony w 1587 r. bank pobożny nazywany też „komorą potrzebnych”, pierwsza taka inicjatywa w Polsce mająca na celu udzielanie niskoprocentowych, krótkoterminowych pożyczek. Bank ten zorganizowany w oparciu o fundusze z ofiar i fundacji możnowładców, usilnie zachęcanych przez Skargę, miał chronić przed nielitościwą lichwą i drakońskimi procentami pobieranymi już wówczas. Zresztą, w Kazaniach o miłosierdziu kaznodzieja ostro piętnował zachłanność i chciwość, także tę pośród samych chrześcijan. Dobroczynną działalność Skargi dopełniają takie inicjatywy, jak Skrzynka św. Mikołaja, mająca na celu wyposażenie w posagi niezamożnych panien oraz powołanie Bractwa Betanii św. Łazarza, które zajmowało się pielęgnacją chorych, opieką nad żebrakami i grzebaniem umarłych. Te realizowane z powodzeniem inicjatywy, mniej znane strony biografii Skargi, pokazują, że był nie tylko znakomitym mówcą, ale też idee miłosierdzia potrafił wcielać w życie.

Kaznodzieja natchniony

Skarga zasłynął najbardziej jako znakomity mówca, kaznodzieja. Miał ku temu szczególne predyspozycje. Jak powiadają historycy, posiadał niezwykły dar przemawiania i perswazji. Już przez współczesnych był porównywany do najwybitniejszych oratorów starożytności. Prawdziwą sławę zyskał jako kaznodzieja królewski, który to urząd ustanowił Zygmunt III Waza, darzący jezuitów szczególnymi względami. Skarga pełnił tę funkcję prawie do końca życia, podążając za królem do Warszawy. Tutaj z jego inspiracji, przy wsparciu monarchy, obok kolegiaty św. Jana, obecnej katedry, rozpoczęto budowę obecnego Sanktuarium Matki Bożej Łaskawej. „Mówca narodowy” – jak mówi się o Skardze – był gorącym zwolennikiem wzmocnienia władzy królewskiej, a ograniczenia wszechwładzy sejmu i złotej wolności szlacheckiej. Poddawał krytyce niedowład państwa, w czym już wtedy dostrzegał elementy anarchii prowadzącej do zguby, gromił partykularyzm szlachty szkodzący dobru ogółu. Skarga uchodzi za szermierza kontrreformacji. Postawa taka była wyrazem jego troski o jedność Kościoła, nawet jeśli różnie ją oceniamy z dzisiejszego punktu widzenia. Ostry i bezkompromisowy w polemikach, był jednak przeciwnikiem rozwiązań siłowych. O innowiercach mawiał: „Złe heretyctwo, ale ludzie dobrzy”. Podobnie jak królowie, którym służył, był zwolennikiem, aby Rzeczpospolita była „państwem bez stosów”, bez religijnych wojen, ale też i jednej wiary. W jego wizji Kościół miał być jak sprawne wojsko, a jaką skuteczność ma podzielona armia pod różnymi dowódcami?

Pośmiertna sława Skargi rozwinęła się w czasie zaborów, gdy Adam Mickiewicz i Jan Matejko przedstawiali Skargę jako proroka narodowego. „Piotr Złotousty” trafił do panteonu najwybitniejszych Polaków. W naszych czasach staramy się nie nadużywać takich tytułów. Zapewne warto jednak w nowych polskich realiach „wsłuchać się” w głos wielkiego kaznodziei – odczytać jego wskazania i myśli służące umocnieniu wiary i dobra wspólnego. Oby posłużył temu obecny Rok ks. Piotra Skargi.

Autor: o. Krzysztof Dorosz SJ

Tekst ukazał się  na łamach pisma „Idziemy” nr 6 (335)

Świętość na co dzień i z przytupem

Spośród trójki największych, moim zdaniem, autorytetów słusznie minionego ustroju, najmniej docenianym, w moim odczuciu, jest Stefan Kardynał Wyszyński. W porównaniu do procesu beatyfikacyjnego Jana Pawła II czy ks. Jerzego Popiełuszki ten, dotyczący Prymasa Tysiąclecia, toczy się dość powoli (na etapie diecezjalnym rozpoczął się 20 maja 1983 roku, a zakończył 6 lutego 2001 roku, aktualnie trwają prace nad udowodnieniem heroiczności cnót i najważniejszym potrzebnym dokumentem – „positio”). Mimo to, jestem przekonany, że możemy uważać go za świętego. Dlaczego?

Życiorys

Prymas Wyszyński urodził się w wielodzietnej rodzinie. Wychowywał się z siostrami, gdyż brat zmarł szybko, podobnie jak jego matka. Nonkonformistyczny charakter Wyszyńskiego ujawnił się we wczesnych latach, kiedy to w wieku prawie… 10 lat w wyniku konfliktu z nauczycielem języka rosyjskiego zmuszony był opuścić szkołę.
W seminarium duchownym co prawda nie zachowały się dzienniki z ocenami, ale z wielu zajęć dodatkowych, jakich się podejmował, można wnioskować, że przyszły Prymas był uczniem solidnym, skoro mógł poświęcić się choćby pomocy dzieciom w nauce.
Jednak zdrowie mu nie sprzyjało. Z tego powodu opóźniły się jego święcenia, których nie mógł odbyć wraz z kolegami kursowymi. Niedługo po wyjściu ze szpitala otrzymał je w bocznej kaplicy włocławskiej katedry. Cieszyć się należy, że nie sprawdziły się słowa kościelnego, który, widząc stan młodego Stefana w dniu święceń, wypowiedzieć miał słowa: „Z takim zdrowiem, to, proszę księdza, na cmentarz, a nie msze odprawiać”. A jednak.
Po latach studiów i intensywnej pracy na wielu płaszczyznach zostaje, w wieku 45 lat, wyświęcony na biskupa. Było to na tamte czasy bardzo szybko i czyniło go najmłodszym z biskupów. Już 2 lata później otrzymał tytuł arcybiskupa gnieźnieńskiego, a jednocześnie Prymasa Polski.

Kroki ku świętości

Stefanowi Wyszyńskiemu należy się tytuł błogosławionego, a w dalszej perspektywie i świętego. Do stwierdzenia tego należy spełnić kilka warunków. Jednym z nich jest opinia o świętym życiu. Istnieje powszechne przekonanie co do świętości życia Prymasa, choć dziś raczej mało się o tym mówi. Dalej należy też ocenić, czy beatyfikacja kandydata jest w stanie coś wnieść do nauki i rozwoju Kościoła. Prymas pracował wiele, tworząc bardzo dużo ważnych pism i publikacji z dziedziny nauki społecznej czy rozpraw dotyczących duchowości. Co więcej, wiele punktów z jego nauki jest aktualnych do dziś. Od nas zależy, czy to dostrzeżemy i wykorzystamy.
Często podkreślał w swoich wypowiedziach potrzebę i wartość pracy. Jednak pouczał również, że należy umieć oddzielić pracę od innych wartości, bo w konsekwencji jej nadmiaru można stać się maszyną. Naszego życia nie można ograniczać do pracy, ponieważ jego celem jest miłość. Mój ulubiony cytat Prymasa brzmi: „Ludzie mówią ‘czas to pieniądz’, a ja mówię inaczej ‘czas to miłość’. Pieniądz jest znikomy, a miłość trwa”. To trafne sformułowanie niejako pomaga ustalić system wartości i jest jednocześnie solą w oku ludziom propagującym materialistyczne myślenie. Nie jesteśmy robotami stworzonymi do pracy i zarabiania pieniędzy. To praca jest dla nas, a nie odwrotnie.
Warto także dostrzec jego udział przy tworzeniu listu do biskupów niemieckich ze słynnym „przebaczamy i prosimy o przebaczenie”, którego znaczenie jest niepodważalne i przypomina o ewangelicznym obowiązku przebaczania. Może mało kto wie, ale obwołanie Matki Boskiej tytułem”Matki Kościoła” podczas Soboru Watykańskiego, jak i wpisanie tego miana do Litanii Loretańskiej, jest w dużej mierze dziełem Prymasa.

Bohater ponadczasowy

Na koniec moje amatorskie „positio”. Przykładów jest naprawdę wiele, niektóre przypominają mi nawet sytuacje z Ewangelii.
Zdarza się nam pewnie słyszeć z ust katolickich publicystów, bądź ekspertów występujących w środkach masowego przekazu, słowa „non possumus”. Oznaczają one „nie możemy”. Jest to tytuł listu jaki wystosował episkopat do polskiego rządu, kiedy ten łamał porozumienia dotyczące religii w szkołach, nacisków na duchowieństwo, ingerencji w sprawy kościoła czy utrudnienia w jego działaniu poprzez choćby komplikowanie procesu wydawania pism katolickich. Na dobrą sprawę był to jeden z wielu wyrazów zaangażowania Prymasa w sprawy bieżące, gdyż bardzo często negocjował z przedstawicielami władz, ale to oświadczenie było głównym powodem jego uwięzienia.


Podczas czytania wspomnień Kardynała, ujęła mnie osobiście scena przy aresztowaniu. Wtedy to, gdy przedstawiciel władz został pogryziony przez psa zamieszkującego budę obok pałacu prymasowskiego, sam Wyszyński opatrzył jego ranę. Nasunęło mi się skojarzenie z sytuacją z ogrodu oliwnego, kiedy to Jezus uzdrowił sługę arcykapłana, któremu Piotr odciął ucho. Sam pobyt w więzieniu obfitował w sceny, które napawają podziwem do osoby Prymasa. Bardzo zaskakiwało mnie jego podejście do strażników. Miał do nich serdeczny stosunek, modlił się za nich i zapraszał do podzielenia się opłatkiem.
Jednak chyba pierwszym słowem, które kojarzy mi się z kardynałem Wyszyńskim jest słowo „praca”. Było jej w jego życiu bardzo wiele. Tym codziennym, monotonnym nieraz czynnościom poświęcał całego siebie, jak to ktoś trafnie ujął: „nawet goląc się, był Prymasem”. Praca i to od podstaw, byśmy wymagali przede wszystkim od siebie, nie oglądali się na polityków, okoliczności, tylko robili to, co do nas należy, jak najlepiej potrafimy. Mówił, że w dzisiejszych czasach nie jest potrzebne męczeństwo krwi, a męczeństwo pracy, co sam wprowadzał w życie.
W tym trudnym dla naszego kraju okresie był postrzegany wręcz za ojca narodu. Bronił społeczeństwo przed naruszaniem praw przez władze, uczył, jak postępować. Kiedy umierał król, zwykle jego miejsce zajmował najwyższy rangą hierarcha kościoła w danym kraju, zajmując stanowisko „interrexa”(co można tłumaczyć jako „międzykróla”). Stąd wiadomo, dlaczego na wstędze jednego z wieńców na pogrzebie Prymasa znalazł się napis „Niekoronowanemu Królowi Polski…”.
Pisząc o Kardynale Wyszyńskim, trudno ominąć kwestię jego przywiązania do Matki Boskiej. To przed obrazem z Jasnej Góry odbyła się jego prymicja, to do Niej chciał jechać prosto po uwolnieniu, jednak nie pozwoliły mu na to obowiązki. Poruszająca jest modlitwa, w której łączy dwie omawiane wyżej kwestie: „zabij mnie, jeśli jest to Ci potrzebne do tego, aby w Polsce był Kościół Chrystusowy”. Z jednej strony widać tu całkowite poświęcenie krajowi, któremu służył, a z drugiej oddanie Matce.

W zeszłym roku obchodziliśmy 30. rocznicę śmierci Prymasa. Ciesząc się z zasłużonych beatyfikacji Jana Pawła II i ks. Jerzego, pamiętajmy i o nim. O pracowitym bohaterze tamtych czasów, czuwającym obrońcy, oddanym całkowicie swoim „dzieciom”, jak sam je nazywał. Na pewno warto, by i tam z góry, tak jak kiedyś na ziemi, obserwował i pomagał nam.
Podsumowując życie Prymasa, nasuwa mi się stwierdzenie: „Łatwo jest być bohaterem przez minutę, godzinę. O wiele trudniej znosić codzienny trud w cichym heroizmie”.

*artykuł ukazał się także w marcowym wydaniu okazjonalnika akademickiego ‚Podaj dalej’.