Archiwa tagu: Kościół

Świętość na co dzień i z przytupem

Spośród trójki największych, moim zdaniem, autorytetów słusznie minionego ustroju, najmniej docenianym, w moim odczuciu, jest Stefan Kardynał Wyszyński. W porównaniu do procesu beatyfikacyjnego Jana Pawła II czy ks. Jerzego Popiełuszki ten, dotyczący Prymasa Tysiąclecia, toczy się dość powoli (na etapie diecezjalnym rozpoczął się 20 maja 1983 roku, a zakończył 6 lutego 2001 roku, aktualnie trwają prace nad udowodnieniem heroiczności cnót i najważniejszym potrzebnym dokumentem – „positio”). Mimo to, jestem przekonany, że możemy uważać go za świętego. Dlaczego?

Życiorys

Prymas Wyszyński urodził się w wielodzietnej rodzinie. Wychowywał się z siostrami, gdyż brat zmarł szybko, podobnie jak jego matka. Nonkonformistyczny charakter Wyszyńskiego ujawnił się we wczesnych latach, kiedy to w wieku prawie… 10 lat w wyniku konfliktu z nauczycielem języka rosyjskiego zmuszony był opuścić szkołę.
W seminarium duchownym co prawda nie zachowały się dzienniki z ocenami, ale z wielu zajęć dodatkowych, jakich się podejmował, można wnioskować, że przyszły Prymas był uczniem solidnym, skoro mógł poświęcić się choćby pomocy dzieciom w nauce.
Jednak zdrowie mu nie sprzyjało. Z tego powodu opóźniły się jego święcenia, których nie mógł odbyć wraz z kolegami kursowymi. Niedługo po wyjściu ze szpitala otrzymał je w bocznej kaplicy włocławskiej katedry. Cieszyć się należy, że nie sprawdziły się słowa kościelnego, który, widząc stan młodego Stefana w dniu święceń, wypowiedzieć miał słowa: „Z takim zdrowiem, to, proszę księdza, na cmentarz, a nie msze odprawiać”. A jednak.
Po latach studiów i intensywnej pracy na wielu płaszczyznach zostaje, w wieku 45 lat, wyświęcony na biskupa. Było to na tamte czasy bardzo szybko i czyniło go najmłodszym z biskupów. Już 2 lata później otrzymał tytuł arcybiskupa gnieźnieńskiego, a jednocześnie Prymasa Polski.

Kroki ku świętości

Stefanowi Wyszyńskiemu należy się tytuł błogosławionego, a w dalszej perspektywie i świętego. Do stwierdzenia tego należy spełnić kilka warunków. Jednym z nich jest opinia o świętym życiu. Istnieje powszechne przekonanie co do świętości życia Prymasa, choć dziś raczej mało się o tym mówi. Dalej należy też ocenić, czy beatyfikacja kandydata jest w stanie coś wnieść do nauki i rozwoju Kościoła. Prymas pracował wiele, tworząc bardzo dużo ważnych pism i publikacji z dziedziny nauki społecznej czy rozpraw dotyczących duchowości. Co więcej, wiele punktów z jego nauki jest aktualnych do dziś. Od nas zależy, czy to dostrzeżemy i wykorzystamy.
Często podkreślał w swoich wypowiedziach potrzebę i wartość pracy. Jednak pouczał również, że należy umieć oddzielić pracę od innych wartości, bo w konsekwencji jej nadmiaru można stać się maszyną. Naszego życia nie można ograniczać do pracy, ponieważ jego celem jest miłość. Mój ulubiony cytat Prymasa brzmi: „Ludzie mówią ‘czas to pieniądz’, a ja mówię inaczej ‘czas to miłość’. Pieniądz jest znikomy, a miłość trwa”. To trafne sformułowanie niejako pomaga ustalić system wartości i jest jednocześnie solą w oku ludziom propagującym materialistyczne myślenie. Nie jesteśmy robotami stworzonymi do pracy i zarabiania pieniędzy. To praca jest dla nas, a nie odwrotnie.
Warto także dostrzec jego udział przy tworzeniu listu do biskupów niemieckich ze słynnym „przebaczamy i prosimy o przebaczenie”, którego znaczenie jest niepodważalne i przypomina o ewangelicznym obowiązku przebaczania. Może mało kto wie, ale obwołanie Matki Boskiej tytułem”Matki Kościoła” podczas Soboru Watykańskiego, jak i wpisanie tego miana do Litanii Loretańskiej, jest w dużej mierze dziełem Prymasa.

Bohater ponadczasowy

Na koniec moje amatorskie „positio”. Przykładów jest naprawdę wiele, niektóre przypominają mi nawet sytuacje z Ewangelii.
Zdarza się nam pewnie słyszeć z ust katolickich publicystów, bądź ekspertów występujących w środkach masowego przekazu, słowa „non possumus”. Oznaczają one „nie możemy”. Jest to tytuł listu jaki wystosował episkopat do polskiego rządu, kiedy ten łamał porozumienia dotyczące religii w szkołach, nacisków na duchowieństwo, ingerencji w sprawy kościoła czy utrudnienia w jego działaniu poprzez choćby komplikowanie procesu wydawania pism katolickich. Na dobrą sprawę był to jeden z wielu wyrazów zaangażowania Prymasa w sprawy bieżące, gdyż bardzo często negocjował z przedstawicielami władz, ale to oświadczenie było głównym powodem jego uwięzienia.


Podczas czytania wspomnień Kardynała, ujęła mnie osobiście scena przy aresztowaniu. Wtedy to, gdy przedstawiciel władz został pogryziony przez psa zamieszkującego budę obok pałacu prymasowskiego, sam Wyszyński opatrzył jego ranę. Nasunęło mi się skojarzenie z sytuacją z ogrodu oliwnego, kiedy to Jezus uzdrowił sługę arcykapłana, któremu Piotr odciął ucho. Sam pobyt w więzieniu obfitował w sceny, które napawają podziwem do osoby Prymasa. Bardzo zaskakiwało mnie jego podejście do strażników. Miał do nich serdeczny stosunek, modlił się za nich i zapraszał do podzielenia się opłatkiem.
Jednak chyba pierwszym słowem, które kojarzy mi się z kardynałem Wyszyńskim jest słowo „praca”. Było jej w jego życiu bardzo wiele. Tym codziennym, monotonnym nieraz czynnościom poświęcał całego siebie, jak to ktoś trafnie ujął: „nawet goląc się, był Prymasem”. Praca i to od podstaw, byśmy wymagali przede wszystkim od siebie, nie oglądali się na polityków, okoliczności, tylko robili to, co do nas należy, jak najlepiej potrafimy. Mówił, że w dzisiejszych czasach nie jest potrzebne męczeństwo krwi, a męczeństwo pracy, co sam wprowadzał w życie.
W tym trudnym dla naszego kraju okresie był postrzegany wręcz za ojca narodu. Bronił społeczeństwo przed naruszaniem praw przez władze, uczył, jak postępować. Kiedy umierał król, zwykle jego miejsce zajmował najwyższy rangą hierarcha kościoła w danym kraju, zajmując stanowisko „interrexa”(co można tłumaczyć jako „międzykróla”). Stąd wiadomo, dlaczego na wstędze jednego z wieńców na pogrzebie Prymasa znalazł się napis „Niekoronowanemu Królowi Polski…”.
Pisząc o Kardynale Wyszyńskim, trudno ominąć kwestię jego przywiązania do Matki Boskiej. To przed obrazem z Jasnej Góry odbyła się jego prymicja, to do Niej chciał jechać prosto po uwolnieniu, jednak nie pozwoliły mu na to obowiązki. Poruszająca jest modlitwa, w której łączy dwie omawiane wyżej kwestie: „zabij mnie, jeśli jest to Ci potrzebne do tego, aby w Polsce był Kościół Chrystusowy”. Z jednej strony widać tu całkowite poświęcenie krajowi, któremu służył, a z drugiej oddanie Matce.

W zeszłym roku obchodziliśmy 30. rocznicę śmierci Prymasa. Ciesząc się z zasłużonych beatyfikacji Jana Pawła II i ks. Jerzego, pamiętajmy i o nim. O pracowitym bohaterze tamtych czasów, czuwającym obrońcy, oddanym całkowicie swoim „dzieciom”, jak sam je nazywał. Na pewno warto, by i tam z góry, tak jak kiedyś na ziemi, obserwował i pomagał nam.
Podsumowując życie Prymasa, nasuwa mi się stwierdzenie: „Łatwo jest być bohaterem przez minutę, godzinę. O wiele trudniej znosić codzienny trud w cichym heroizmie”.

*artykuł ukazał się także w marcowym wydaniu okazjonalnika akademickiego ‚Podaj dalej’.

Święty Franciszek z Asyżu

franciszek01

Osoba św. Franciszka (właściwie – Jana Bernardone) nawet po ośmiu wiekach rodzi w człowieku zdziwienie, budzi sprzeciw. Po spotkaniu się ze świętym z Asyżu pytania wprowadzają niepokój, zamęt w duszy. Zaprowadzają do wnętrza ludzkiego pożądany chaos. Pożądany, gdyż ten chaos, gdy wykona swoje, paradoksalnie zaprowadza harmonię! A ład jest wpisany w naturę człowieka. Ten „Boży chaos” nawiedził też samego św. Franciszka i ukazał mu, co ma czynić, aby teraz wielu mężczyzn szukających sensu egzystencji, szukających prawdziwych wartości, szukających po prostu siebie, chciało poznać życie Biedaczyny z Asyżu i nauczyć się od niego bycia… Właśnie, św. Franciszku: Kim ty byłeś? Dlaczego czuję, że i moją duszę ogarnia… chaos?

John Eldredge, amerykański pisarz i psycholog, twierdzi, że o tożsamości prawdziwego mężczyzny stanowi stoczona bitwa, uratowanie Pięknej i przeżyta przygoda przez niego. Jan, urodzony w 1181/82r., syn Piki i Piotra Bernardone, marzył o zostaniu sławnym rycerzem. Już w 1202r. uczestnicząc w bitwie między Asyżem a Peruggią przy moście św. Jana zostaje wzięty do niewoli, a trzy lata później dzielnie rusza do Apulli. Pragnął stać się wojownikiem walczącym z mieczem przeciwko drugiej osoby. Pragnął mieczem i poza sobą poszukać swoją męskość. Poza sobą Jan Bernardone szukał bijącego w nim serca, dzikiego serca! Bóg wiedział, że błądzi, dlatego w Spoleto w tajemniczym śnie pyta się Franciszka: „Komu chcesz służyć? Panu czy słudze?” Franciszek przeżywa dylemat. Nie wie, komu winien umywać i całować stopy. Odpowiedzi począł szukać od powrotu do Asyżu, skąd wkrótce wybiera się do Rzymu, by tam nawiedzić groby naocznych świadków Jezusa Chrystusa – Apostołów. A gdy pojawił się w rodzinnej miejscowości, bierze udział w święcie asyskiej młodzieży i zostaje obwołany jej królem! W hulankach, winie, beztroskich igraszkach młodzieńczych też toczył walkę o bycie mężczyzną. Ale i tutaj jego poszukiwania były daremne. Przegrywał. Był nienasycony…

Bóg czekał na ten stan jego duszy. Pewnego dnia Franciszek jadąc konno, nieopodal Asyżu, spotyka ówczesnego pariasa. Zejście Franciszka z konia, ofiarowanie biedakowi jałmużny i przekazaniu mu znaku pokoju doskonale komentuje sam „miłosierny samarytanin” pisząc w Testamencie: „…gdy byłem w grzechach, widok trędowatych wydawał mi się bardzo przykry. I Pan sam wprowadził mnie między nich i okazywałem im miłosierdzie. I kiedy odchodziłem od nich, to, co wydawało mi się gorzkie, zmieniło mi się w słodycz duszy i ciała” (T,1-4)! Co za fenomen! Przezwyciężając samego siebie, stoczywszy bitwę w głębi własnego serca – poznał siebie! Poznał słabości, nieuporządkowane pożądliwości, uprzedzenia Jana Bernardone. Przekroczył próg osobistych ograniczeń i przekonał się, że w życiu nie jeden raz coś wydając się gorzkie, w istocie jest słodyczą duszy i ciała! Franciszek za tym progiem odnalazł drogę nie tylko do męskości. A uczynił to dzięki trędowatemu! Ujrzał przestrzeń nadziei na czynienie miłosierdzia! Od teraz do urzeczywistniania miłości posiada moc ewangelicznego samarytanina, siłę prawdziwego mężczyzny. Bóg stworzył Adama schodzącego z konia, Adama oddającego nie pieniądze, bo to jest tylko symbol, oddającego całego siebie; w końcu – Trójca powołała Ciebie, dzisiejszy Adamie, do przekazywania znaku pokoju, jakim jest umycie i ucałowanie stóp trędowatego! „Komu chcesz służyć?” Pamiętasz? Franciszek już odpowiedział, i tak rodzi się mężczyzna.

Bóg był tym trędowatym, gdyż wedle słów Jezusa: „Wszystko, co uczyniliście jednemu z tych braci moich najmniejszych, Mnieście uczynili” (Mt 25,40) Owa słodycz duszy i ciała zaprowadziła Franciszka w 1206r. do kościółka św. Damiana, gdzie usłyszał jakże porywający głos z krzyża: „Franciszku, idź napraw mój kościół, który rozpada się w gruzy”! Bezpośrednio skierowane słowa Najwyższego do Franciszka nie były tylko Bożym nakazem odbudowania Jego świątyni, ale „Bożym chaosem” wprowadzonym w jego duszę! Franciszek na owy wstrząs zareagował spontanicznie. Wobec bp Gwidona, miejscowego pasterza, oddał Piotrowi Bernardone mamonę, ubranie i ze zdumiewającym spokojem wyznał, iż od tej chwili pragnie nazywać swym ojcem jedynie Ojca Jezusa z Nazaretu. Hierarcha rozumiejąc dążenia jego serca, okrył nagiego Franciszka kapą. Wówczas syn asyskiej ziemi posłuszny wezwaniu Pana z gorliwością remontuje kościoły: św. Damiana, św. Piotra i Matki Bożej Anielskiej (Porcjunkuli). Niestety, Franciszek opacznie pojął posłannictwo Boga. Nie miał zbijać desek, ale odbudować duchowo i moralnie ówczesny Kościół Chrystusowy prowadzony przez zeświecczonych kapłanów. Nie miał zbijać desek, ale ludzkie serca z Bogiem – Miłością! Franciszek zrozumiał dopiero wypowiedź św. Pawła skierowaną do mieszkańców Koryntu: „Świątynia Boga jest święta, a wy nią jesteście” (1Kor 3,17b), gdy w 1208r. na jednej z Eucharystii usłyszał słowa z Ewangelii mówiącej o rozesłaniu Apostołów (Mt 10, 5 – 16). Totalna przemiana wewnętrzna pozwoliła Franciszkowi na swoiste ryzyko, skok wiary – życie zaczął budować na fundamencie, jakim jest Chrystus (1Kor 3, 11). Wtenczas przystąpił do renowacji własnej świątyni – swojego sumienia, później zaś zaczął rzeczywiście „naprawiać kościół” Pana. Uczyniwszy tak, Franciszek uratował Piękną – odnowił duchowo Oblubienicę Chrystusa, Kościół. Tylko Lew Judy nadaje prawidłowy puls dzikiemu sercu mężczyzny! Jednak, co to znaczy budować na Jezusie? Franciszek odpowiada: Jeżeli chcesz, aby Twoje, Drogi Czytelniku, człowieczeństwo się rozwijało, aby na krętych drogach życia nie zatracić własnej tożsamości bycia wojownikiem Najwyższego, musisz miłować Go samego i drugiego człowieka, musisz wyryć w swoim nieokiełznanym sercu Dekalog wyzwalający z nałogów, słabości… Musisz też pamiętać o sakramentach. Nikt nie powiedział, że będzie łatwo, ale „weź udział w trudach i przeciwnościach jako dobry żołnierz Jezusa Chrystusa!” (2Tm 2,3). Franciszek wiedział, że aby być całym Boga, należy dokonać wyboru pomiędzy dotychczasowym, salonowym życiem a zaparciem się siebie, a wzięciem swojego krzyża (Mt 16, 24). Odważnie, jak dojrzały syn, który pamięta o tym, że opuści rodziców (Mt 19,5), publicznie zrzekł się bycia dzieckiem Piotra Bernardone, a z głęboka wiarą zaczął praktykować dziecięctwo Boże. Świadomy swej godności i posłannictwa był gotowy ruszyć w niezapomnianą podróż…

Autor „Dzikiego serca” przypomina o przeżyciu przygody, jako znaczącym czynniku do stania się prawdziwym mężczyzną. Franciszek, ufny w Opatrzność Bożą, ruszył z miłością do Pana przed siebie, a nawet za siebie, aby, jak za młodzieńczych lat, choć trochę inaczej, doświadczyć uroków przygody. Przygody z Bogiem i… braćmi.

Święty Franciszek kierowany przesłaniem z Ewangelii, podjął misję życia. Zaczął żyć Dobrą Nowiną w duchu triady rad ewangelicznych. W naśladowaniu Jezusa posłusznego, ubogiego i czystego był autentyczny. Jak niegdyś na całego się bawił na ulicach Asyżu, tak po nawróceniu radykalnie obrał ascetyczną drogę. I właśnie świadectwem doskonałości chrześcijańskiej imponował bliźnim, też swoim byłym kompanom z nocnych rozrywek, chociaż na początku musiał spotkać się z bolesnym niezrozumieniem, zdziwieniem, a nawet kpiną czy zwyczajną pogardą. Jednak był uparty po Bożemu – trwał przy wartościach wyznaczających mu kierunek jego przygody.

Postawa Franciszka pociągała za sobą rzesze nowych towarzyszy w czynieniu pokuty, gdyż widzieli we Franciszku przyjaciela Jezusa. A być przyjacielem Chrystusa oznacza zbieżność w myśleniu i działaniu (Flp 2, 2 – 5) i zjednoczenie woli swojej z wolą Mesjasza. Wypowiedzenie „tak” na inną wolę w rzeczywistości powoduje pokrzyżowanie własnych planów i możliwości. Franciszek akceptował taki stan. Tomasz Celano, pierwszy biograf św. Biedaczyny z Asyżu, stwierdził ponadto, iż św. Franciszek nie był człowiekiem modlitwy, ale samą modlitwą! Z rozmowy z Bogiem we Franciszku rodziły się rozmaite inicjatywy, jak chociażby założenie Zakonu Braci Mniejszych w 1209r., a nade wszystko wewnętrzna potrzeba głoszenia Chrystusa. Św. Paweł świadków Miłości ukrzyżowanej nazywał sługami waszej radości!

Teraz już wiem, kim byłeś św. Franciszku! Prawdziwym mężczyzną, człowiekiem o dzikim sercu, bratem mniejszym w ubogim stroju pokutnika w drodze! Ale świat do dzisiaj pamięta ciebie, jako sługę Ewangelii! Twój przykład pokornego życia porywa współczesnego człowieka i sprawia, że i rozpoczęta przez ciebie, Franciszku, przygoda nadal trwa…

Autor: br. Ambroży J. Okroy OFM