Archiwa tagu: kobieta

Dzień kobiet

Każdego roku, w święto kobiet, czuję pewien dysonans. Z jednej strony myślę, że dzień kobiet jest wartościowy. Wiele w końcu od nas mężczyzn nie wymaga, ale zachęca nas, byśmy się trochę – przynajmniej raz w roku – wysilili, i dali swoim kobietom (żonie, sympatii, matce,…) kwiaty, powiedzieli coś miłego, dostrzegli ich piękno, może wierszyk wymyślili. Można więcej, ale przynajmniej tyle. Można dać jej balona z narysowanym pisakiem sercem albo serce „wytuptać” na śniegu przed jej oknem.

Z drugiej strony, w pamięci mam słowa dużo starszych ode mnie, którzy tego święta nie obchodzą, ponieważ – jak z godnie z prawdą mówią – jest to święto komunistyczne. Kiedyś się tym nie przejmowałem, ale teraz ich rozumiem. Co z tego, że święto ma ładną otoczkę, skoro zostało ustanowione przez ludzi, których ideologia opiera się na „ekscytowaniu w ludziach zawiści i pożądania cudzej własności”, którzy tyle zła uczynili w XX i XXI wieku.

Felieton z miesięcznika „W naszej rodzinie” autorstwa Stanisława Michalkiewicza poraził mnie genialnością rozwiązania tego konfliktu. W marcu, czyli tym samym co dzień kobiet okresie,  świętujemy starodawną uroczystość Zwiastowania Pańskiego. Choć dla wierzących jest przede wszystkim dniem Wcielenia, czyli momentem, gdy Bóg stał się człowiekiem, to Maryja jest tutaj głównym bohaterem. Kontemplujemy spotkanie z Gabrielem, smakujemy słowa ich decydującej dla losów świata rozmowy. Błogosławimy Maryję za to, że się zgodziła! Czyż nie jest to idealny dzień, by złożyć swoim ukochanym kobietom życzenia? Czyż nie jest to dzień, w którym kobiety mogą ucieszyć się ze swej kobiecości, ponieważ Bóg wybrał właśnie jedną z nich do tak wielkiego Dzieła? Czyż nie jest to wreszcie dzień dziękowania Bogu za dar płodności i (dla niektórych potencjalnego) macierzyństwa?

Życzę więc Wam, drogie czytelniczki, oraz Wam, panie serc naszych czytelników, byście odkrywały swoją kobiecość, byście w swojej kobiecości wzrastały i krocząc tą drogą poznały Boga.

Święty Józef – portret dojrzałego mężczyzny

 

swjozef

Może budzić zdziwienie fakt, że święty Józef nie jest tak znany i popularny wśród niezwykłych i szlachetnych mężczyzn opisywanych w Biblii, jak choćby Abraham, Mojżesz, Hiob, czy też apostołowie: Piotr, Jan albo Paweł. Po dwóch tysiącach lat ciągle jeszcze wielu chrześcijan ma dziwne i wypaczone wyobrażenia na temat małżonka Maryi. Często myślimy o nim jako o starszym, poważnym, a może nawet smutnym mężczyźnie, który niewiele rozumiał z tajemniczej historii Maryi oraz z tajemnicy Jej niezwykłego Dziecka. Wielu ludzi sądzi, że powołaniem Józefa było jedynie dyskretne opiekowanie się Małżonką i Jej Dzieckiem poprzez bierne wypełnianie poleceń, które Bóg przekazywał mu we śnie.

To, że św. Józef jest mniej znany od innych wspaniałych mężczyzn w historii zbawienia, wynika tylko po części z faktu, że Pismo Święte mówi o nim niewiele. Przecież także o Maryi Biblia mówi znacznie mniej niż o wielu postaciach kobiecych ze Starego Testamentu, ale wcale nam to nie przeszkadza, by w pogłębiony sposób poznać jej życie oraz jej postawę. Sądzę, że powód mniejszej znajomości postaci św. Józefa jest głębszy niż fakt, że Ewangelie mówią o nim niewiele. Jest to raczej efekt jego własnej decyzji, by pozostać na drugim planie, by być dobrym cieniem Maryi i Jezusa, by być dla nich parasolem przyjaźni, troski i czułości, by być dyskretnie obecnym po to, aby osoby, które najbardziej pokochał, czuły się najmocniej chronione i bezpieczne. Dla św. Józefa było oczywiste, że im dojrzalsza i silniejsza jest miłość mężczyzny do żony i dziecka, tym bardziej on sam pragnie pozostać w cieniu i ukryciu. Podobnie roztropny żołnierz pozostaje w ukryciu, by tym skuteczniej strzec powierzonego sobie odcinka granicy. Im bardziej ktoś kocha, tym bardziej dyskretnie to czyni.

Przedmiotem niniejszej analizy będzie przedstawienie psychospołecznego wymiaru postaci świętego Józefa w świetle źródeł biblijnych, które są wprawdzie syntetyczne, ale jednocześnie bardzo konkretne i niezwykle bogate w treść. W świetle Pisma Świętego w sposób szczególny przyjrzymy się postawie św. Józefa wobec Boga, wobec kobiety i wobec dziecka. Głównym celem prezentowanej analizy będzie szukanie odpowiedzi na pytanie czy św. Józef – najwspanialszy mężczyzna w historii ludzkości – może być dla współczesnych mężczyzn, zwłaszcza mężów, ojców i kapłanów, aktualnym wzorem również w naszych czasach.

1. Św. Józef: wzór postawy wobec Boga

Pierwsza i najważniejsza cecha św. Józefa to fakt, iż jest on wyjątkowo Bożym człowiekiem. Jego świętość, szlachetność i niezwykłość jest udokumentowana i potwierdzona w sposób zupełnie niepodważalny i niepowtarzalny. Z jednej strony potwierdza ją sam Bóg poprzez natchnione słowa św. Mateusza Ewangelisty. Z drugiej strony szlachetność i świętość Józefa potwierdza Maryja, a zatem najbardziej Boża i najbardziej święta ze wszystkich kobiet w historii ludzkości.

Świętość Józefa jest potwierdzona najpierw przez Boga, który zapewnia nas w Ewangelii, iż Józef „był człowiekiem sprawiedliwym” (Mt 1, 19). Na kartach Pisma Świętego sprawiedliwość jest synonimem świętości. Pamiętajmy, że świadectwo o świętości Józefa zostało zapisane kilkadziesiąt lat później niż opisywane wydarzenia z dzieciństwa Jezusa. Oznacza to, że do końca ziemskiego życia nic się nie zmieniło w odniesieniu do sprawiedliwości i świętości Józefa.

św Józef i Anioł

Żadnej wątpliwości co do świętości i szlachetności Józefa nie pozostawia również świadectwo Maryi. Ta najbardziej niezwykła i najbardziej święta kobieta w historii tej ziemi z pewnością musiała postawić najbardziej niezwykłe wymagania kandydatowi na swojego męża. Więź między małżonkami to najbardziej zdumiewająca forma więzi między kobietą i mężczyzną. To zawierzenie siebie na całe życie drugiej osobie. Skoro Maryja zdecydowała się na małżeństwo z Józefem, to musiał on być mężczyzną o nieposzlakowanej opinii oraz wyróżniać się wyjątkowym charakterem. Musiał być człowiekiem sumienia, któremu można było zupełnie zaufać.

Postawa Józefa potwierdza, że jest on człowiekiem wiary i modlitwy. W obliczu zaskakujących losów Maryi i Jej Syna, Józef nie kieruje się własną spontanicznością czy mądrością, lecz pozostaje wsłuchany w głos Boga i posłuszny woli Bożej do końca. Jest posłuszny Bogu również w takich sytuacjach, które wymagają od niego wprost heroicznej wiary i zawierzenia Bogu (por. (Mt 1, 18-25; Mt 1, 18-25).

2. Św. Józef: wzór postawy wobec kobiety

Drugą – obok świętości – cechą Józefa jest to, iż był on mężem Maryi (Mt 1, 16). Św. Mateusz Ewangelista wyjaśnia, że „po zaślubinach Maryi z Józefem, wpierw nim zamieszkali razem, znalazła się brzemienną za sprawą Ducha Świętego. Mąż jej, Józef, który był człowiekiem sprawiedliwym i nie chciał narazić Jej na zniesławienie, zamierzał oddalić Ją potajemnie” (Mt, 1, 18-19).

Od początku swego małżeństwa z Maryją Józef staje w obliczu sytuacji, która przeraziłaby chyba każdego mężczyznę i która również jego wystawia na najwyższą próbę zaufania do Boga i do człowieka. Oto zanim zamieszkał ze swoją Małżonką, młody i zakochany Józef odkrywa, że wybranka jego serca oczekuje narodzin dziecka. Ponieważ był to początek ciąży, to Józef nie mógł tego faktu dostrzec z zewnątrz. Z pewnością o wszystkim powiedziała mu wprost Maryja. Z pewnością też opisała mu niezwykłe okoliczności zwiastowania anielskiego i poczęcia Dziecka, które nosiła w swoim łonie. Dla każdego z nas jest oczywiste, że to, co Józef usłyszał od swojej Małżonki, brzmiało zupełnie nieprawdopodobnie. Pierwszą jego reakcją musiało być zdziwienie, zaskoczenie, niepokój, bolesne powątpiewanie. Z początku Józef miał prawo mieć tysiące pytań i dopuścić do serca wiele dziwnych myśli i hipotez. Nie mógł przecież w punkcie wyjścia rozumieć całej tej historii, której do końca nie rozumiała nawet Maryja.

Jestem przekonany, że ci młodzi małżonkowie rozmawiali ze sobą wiele dni i nocy. Z pewnością razem się modlili i wspólnie próbowali zrozumieć historię, która ich oboje wystawiała na najwyższą próbę wiary wobec Boga oraz na najwyższą próbę wzajemnego zaufania. Zachowanie Józefa świadczy o tym, że uwierzył on w to, co niewiarygodne, że mianowicie jego Żona oczekuje dziecka, którego Ojcem nie jest żaden człowiek. Takie zawierzenie wyjaśnieniom Żony mogło być możliwe tylko pod jednym warunkiem: dla Józefa było zupełnie oczywiste, że Maryja to Ktoś absolutnie wyjątkowy i niezwykły, kto zasługuje na nieograniczone i bezwarunkowe zaufanie.

Jeśli jednak Józef miał aż takie zaufanie do Maryi, to skąd wziął się jego zamysł, by Ją opuścić? Otóż ten zamiar nie był wynikiem powątpiewania Józefa w niewinność swojej Małżonki, ale był wyrazem niepewności co do roli, jaka mu przypada w zaistniałej sytuacji. Czy może jeszcze traktować jako swoją Żonę kogoś, kogo Bóg wybrał na Matkę Swojego Syna? Czy nie jest to znak, że Maryja nieskończenie przewyższa Jego marzenia i że stoi ponad wszelkimi więziami międzyludzkimi? Czy Józef ma prawo udawać w obliczu otoczenia, że jest prawdziwym ojcem Jej niezwykłego Dziecka? To właśnie pod wpływem tego typu pytań i wątpliwości Józef chce zostawić Maryi wolną rękę.

święta rodzina_xl

Pytania te były dla Józefa tym bardziej zasadne i aktualne, że jego Żona nie została jeszcze przyprowadzona do jego domu. W tej sytuacji pozostawienie Jej wolnej ręki byłoby tym łatwiejsze. Z drugiej strony według ówczesnych obyczajów współżycie seksualne w okresie między zawarciem małżeństwa a przyprowadzeniem małżonki do własnego domu nie było uznawane za poważny problem moralny. Poczęte w tym okresie dziecko było uznawane za prawowite. W oczach zewnętrznego środowiska zaistniała sytuacja stanowiła zatem problem wyłącznie dla Józefa, bo tylko on wiedział, że nie jest rzeczywistym ojcem Dziecka, które się poczęło. Być może również Maryja miała wątpliwości co do tego, w jaki sposób powinien się teraz zachować Jej małżonek i czy wolą Bożą nie było to, aby Ona sama wychowywała Syna, który począł się z Boga, a nie w woli człowieka. Nic więc dziwnego, że Józef był bliski decyzji o dyskretnym opuszczeniu swojej Żony. Najwyraźniej bał się traktować siebie jako męża w odniesieniu do Kogoś tak niezwykłego i tak niesłychanie wyróżnionego przez Boga, jak Maryja.

Właśnie wtedy interweniuje Bóg. „Gdy powziął tę myśl, oto anioł Pański ukazał mu się we śnie i rzekł: ‘Józefie, synu Dawida, nie bój się wziąć do siebie Maryi, twej Małżonki; albowiem z Ducha Świętego jest to, co się w Niej poczęło. Porodzi Syna, któremu nadasz imię Jezus, On bowiem zbawi swój lud od jego grzechów. Zbudziwszy się ze snu, Józef uczynił tak, jak mu polecił anioł Pański: wziął swoją Małżonkę do siebie, lecz nie zbliżał się do Niej, aż porodziła Syna, któremu nadał imię Jezus” (Mt 1, 18-25).

Józef otrzymuje wyraźną odpowiedź z góry. Oto Bóg osobiście rozstrzyga jego wątpliwość i poleca, by pozostał przy Maryi jako Jej Mąż oraz by nie bał się przyjąć Jej Syna jak własnego dziecka. Odpowiedź ze strony Boga jest konkretna i jednoznaczna. Józef ma nadal być mężem Maryi i uchodzić oficjalnie za ojca Jej Syna. Temu właśnie Synowi ma nadać imię, a był to właśnie przywilej ojca, znak władzy ojcowskiej i oficjalny wobec środowiska zewnętrznego znak uznania dziecka za swoje. Odtąd Józef jest już spokojny i ma jasność sytuacji oraz pewność co do swojego zadania: ma być mężem Maryi oraz przybranym ojcem Jej Syna.

Możemy w uzasadniony sposób przypuszczać, że Maryja sugerowała Józefowi to samo, co Bóg. Poprzez wiarę i modlitwę potrafiła Ona przecież w sposób niezwykły wczuwać się w wolę Boga i odczytywać Jego plany. Sen, który miał Józef, z pewnością współgrał z tym, o czym rozmawiał z Maryją. Jej słowa i Jej postawa były dla niego warunkiem uwierzenia w głos Boży oraz warunkiem przyjęcia woli Bożej. Żeby uwierzyć w dziewicze macierzyństwo Maryi, Józef musiał być nie tylko niezwykle, wręcz nadludzko pewny Jej uczciwości, czystości i wierności. Musiał też sam być niezwykle uczciwy i czysty. Inaczej nie uwierzyłby w Jej czystość i prawdomówność. Uległby raczej projekcji psychicznej, czyli temu mechanizmowi, który sprawia, że postawę innych ludzi oceniamy według naszego stopnia dojrzałości i szlachetności.

Ewangelia wyjaśnia, że Józef przyjął Maryję do swego domu, „lecz nie zbliżał się do Niej aż porodziła Syna, któremu nadał imię Jezus” (Mt 1, 25). Tekst ten nie sugeruje, że później małżonkowie współżyli ze sobą. Cytowany fragment Ewangelii znaczy natomiast, że Józef i Maryja stopniowo odkrywali sens ich wspólnej historii i wolę Bożą wobec nich. Obydwoje potrzebowali czasu, by dorastać do zadań i do formy życia, do której Bóg ich powołał.

Ewangelia nie sugeruje jakiejś magicznej dojrzałości i nadludzkiej świadomości Józefa. On potrzebował czasu, by odkrywać i rozumieć absolutnie niepowtarzalną sytuację, w której się znalazł. W zwykłym małżeństwie żona nie przestaje być żoną, gdy staje się matką. Przeciwnie, jej dojrzałość polega właśnie na tym, że harmonijnie i dojrzale łączy swoje bycie żoną z zadaniami matki. Zasada ta zostaje zawieszona w przypadku Maryi. Ona nie rodzi dziecka swojego męża, lecz rodzi Syna Bożego. Odtąd skupia się całkowicie na swoim macierzyństwie. Odtąd — jako jedyna kobieta w historii ludzkości – osiąga pełnię swoich marzeń i aspiracji, a także pełnię radości w kontakcie z Synem. W konsekwencji w kontakcie z Józefem szuka niezwykłej przyjaźni i wsparcia, ale nie jednoczy się z nim tak, jak żona z mężem, bo już nie Józef, ale Jej Syn jest dla Niej Kimś najważniejszym i stanowi absolutne centrum Jej życia. Nie oznacza to, że z Józefem łączy Ją odtąd jakaś mniejsza miłość czy mniejsza więź. Oznacza to natomiast, że ich wzajemna więź rośnie w głąb, staje się jeszcze bardziej niezwykła, jeszcze bardziej bezinteresowna niż dotąd. W konsekwencji to, co ich teraz łączy, staje się coraz bardziej podobne do tej więzi, jaką mają ci, którzy są już w niebie.

3. Św. Józef: wzór postawy wobec dziecka

Święty Józef jest nie tylko najwspanialszym ideałem postawy mężczyzny wobec kobiety. Jest też najwspanialszym w historii wzorem postawy mężczyzny wobec dziecka. Przyjmując Maryję za małżonkę, Józef przyjmuje z największą miłością i troską również Jej Dziecko, które nie jest jego Dzieckiem, a które Ona kocha nad życie. Od początku historia Jezusa na tej ziemi oraz okoliczności Jego narodzin wystawiają Józefa na próbę męstwa i wytrzymałości. Jezus rodzi się bowiem w okresie powszechnego spisu ludności. W tej sytuacji „Udał się także Józef z Galilei, z miasta Nazaret, do Judei, do miasta Dawidowego, zwanego Betlejem, ponieważ pochodził z domu i rodu Dawida, żeby się dać zapisać z poślubioną sobie Maryją, która była brzemienna” (Łk 2, 4-5).

Tam właśnie w Betlejem, w stajni rodzi się Syn Maryi, a Józef z pewnością używa całej swej męskiej fantazji miłości, by także w tych ekstremalnych warunkach otoczyć ochroną swoją Żonę i zapewnić Jej oraz Dziecięciu poczucie bezpieczeństwa. W ten sposób Józef uświadamia wszystkim mężom i ojcom wszystkich czasów, że tego, czego najbardziej potrzebują ich bliscy, to ich miłość i obecność, a nie stworzenie jakichś zewnętrznych warunków wygody czy materialnego dobrobytu. To podstawowe rozróżnienie jest jakże obecnie potrzebne, bo tak często zapominane w naszych czasach.

św Józef

Zgodnie z prawem żydowskim osiem dni po porodzie Józef wraz z Maryją udają się do świątyni, by tam ofiarować Bogu nowonarodzonego Jezusa (por. Łk, 22-24). Nie musieli tego czynić, gdyż obydwoje rozumieli, że Jezus i tak jest w wyjątkowej relacji do Boga Ojca. Mimo to postanowili zachować ten zwyczaj, żeby wobec samych siebie potwierdzić, iż zawierzają Jezusa opiece Kogoś, kto jest większy od nich.

Ofiarowanie Jezusa w świątyni jest gestem głębokiego zawierzenia Józefa wobec Boga. W tym geście Józef przypomina wszystkim, że każdy rodzic, który dojrzale kocha swoje dziecko, przynosi je do Boga, gdyż wie, że Bóg jest jeszcze wspanialszym Rodzicem, który bardziej rozumie i dojrzalej kocha dziecko niż jego rodzice. Powierzenie dziecka opiece Bożej, przyprowadzanie dziecka do Boga, pragnienie, by Bóg to dziecko adoptował, to szczyt miłości i mądrości rodziców w każdych czasach.

Spotkanie z Symeonem w świątyni to kolejny epizod w odkrywaniu tajemnicy Jezusa przez Józefa. Ewangelia stwierdza, że „Jego ojciec i Matka dziwili się temu, co o Nim mówiono” (Łk 2, 33). Wraz ze swoją Żoną Józef wie już tak wiele o tym niezwykłym Dziecięciu, ale nadal zdumiewa się Jego tajemnicą. To kolejne zadanie ojca: zdumiewać się tajemnicą dziecka. Także wtedy, gdy jest się rzeczywistym ojcem tego dziecka. Dziecko rodzi się z rodziców, ale jest kimś niepowtarzalnym i stawia swoich rodziców w obliczu tajemnicy. Święty Józef doskonale to rozumie.

Ale jego rola na tym się nie kończy. Oto bowiem Synowi Maryi grozi śmiertelne niebezpieczeństwo. Król Herod dowiaduje się o narodzeniu Zbawiciela w Betlejem i chce zabić Dziecię. Dramat polega na tym, że Józef nawet o tym nie wie i dlatego nie jest w stanie chronić małego Jezusa. W tej sytuacji znowu interweniuje Bóg. „Oto anioł Pański ukazał się Józefowi we śnie i rzekł: ‘Wstań, weź Dziecię i Jego Matkę i uchodź do Egiptu; pozostań tam, aż ci powiem; bo Herod będzie szukał Dziecięcia, aby Je zgładzić.’ On wstał, wziął w nocy Dziecię i Jego Matkę i udał się do Egiptu; tam pozostał aż do śmierci Heroda” (Mt 1, 18-25).

Okrucieństwo Heroda było tak wielkie, że stało się przysłowiowe nawet w Rzymie. Pod koniec życia ten tyran kazał zabić nie tylko Jana Chrzciciela, ale nawet trzech swoich synów oraz wiele innych osób, których znaczenia się obawiał i których traktował jako rywali do władzy. Na tym tle staje się zrozumiała jego szaleńcza decyzja, by pozabijać niemowlęta w Betlejem. Św. Jozef musiał wcześniej słyszeć o chorobliwym okrucieństwie Heroda. Poprzez zabicie nowonarodzonego króla Żydów Herod chciał nie tyle pozbyć się rywala, gdyż wiedział, że są to już i tak ostatnie lata jego panowania ze względu na wiek, ale chciał uniknąć zamieszek w Judei. To sprawia, że rzeź niemowląt w Betlejem jest historycznie całkowicie realistyczna.

W tej sytuacji Józef nie waha się ani chwili. Natychmiast bierze ze sobą Żonę i Jej Syna i ucieka do Egiptu. Z pewnością nie ma pieniędzy, ani miejsca, w którym mógłby się schronić w obcym kraju. Ucieka nie wiedząc, jak długo pozostanie na wygnaniu. Po ludzku rzecz biorąc jest w sytuacji rozpaczliwej. Jednak Józef nie rozpacza, gdyż wie, że znajduje się pod opieką Boga i jest pewien swojej miłości do tych, których chroni. Znajduje się teraz w sytuacji bardzo podobnej do sytuacji innego Józefa – syna Jakuba, który został sprzedany przez własnych braci do niewoli w Egipcie. I podobnie jak tamten pierwszy Józef, również ten wyjdzie z bolesnej próby zwycięsko.

Powtórzmy jednak raz jeszcze, że Józef może uratować Jezusa tylko dlatego, że posłuchał głosu Bożego i że nieustannie współpracuje z Bogiem. W obliczu jego postawy można postawić pytanie: ileż dzieci, iluż nastolatków zostałoby uratowanych, gdyby ich rodzice nie próbowali wychowywać swoje dzieci i troszczyć się o nie jedynie własną mocą, lecz gdyby przyprowadzali te dzieci do Boga i u Boga szukali mądrości oraz siły, by wychowywać i chronić swoje dzieci przed zagrożeniami zewnętrznymi i wewnętrznymi.

Józef nie musiał pozostawać długo na wygnaniu, gdyż okazuje się, że Herod wkrótce umiera i Święta Rodzina może powrócić do swojej ojczyzny. Znowu interweniuje osobiście Bóg, by Józef mógł być zupełnie pewien, iż niebezpieczeństwo minęło. „A gdy Herod umarł, oto Józefowi w Egipcie ukazał się anioł Pański we śnie i rzekł: ‘Wstań, weź Dziecię i Jego Matkę i idź do ziemi Izraela, bo już umarli ci, którzy czyhali na życie Dziecięcia’. On więc wstał, wziął Dziecię i Jego Matkę i wrócił do ziemi Izraela” (Mt 2, 19-21).

Ewangelia nie opisuje szczegółowo dzieciństwa Jezusa, ale zakłada, że Józef był nie tylko dobrym opiekunem, lecz również dobrym wychowawcą dla Jezusa. Z pewnością miał dla Niego czas, godzinami z Nim rozmawiał, okazywał czułość i wprowadzał w głębię tajemnicy człowieka. Zanim dorosły Jezus zaczął żyć bezpośrednio w niezwykłym kontakcie ze swoim Ojcem Niebieskim, korzystał z obecności i miłości ziemskiego opiekuna. To właśnie dzięki takiej postawie Józefa „Dziecię rosło i nabierało mocy, napełniając się mądrością, a łaska Boża spoczywała na Nim” (Łk 2, 40).

Kolejny epizod, który ilustruje postawę Józefa wobec Jezusa to wspólna pielgrzymka na święto do Jerozolimy. Właśnie wtedy dwunastoletni Jezus znika z oczu Maryi i Józefowi. Obydwoje są oczywiście ogromnie zaniepokojeni. „Przypuszczając, że jest w towarzystwie pątników, uszli dzień drogi i szukali Go wśród krewnych i znajomych. Gdy Go nie znaleźli, wrócili do Jerozolimy, szukając Go. Dopiero po trzech dniach odnaleźli Go w świątyni, gdzie siedział między nauczycielami… Na ten widok zdziwili się bardzo, a Jego Matka rzekła do Niego: ‘Synu, czemuś nam to uczynił? Oto ojciec Twój i ja z bólem serca szukaliśmy Ciebie?” (Łk 2, 44-48).

Jezus odpowiada w sposób, który mógł po ludzku zaboleć i zaniepokoić Józefa i Maryję: „Czemuście mnie szukali? Czy nie wiedzieliście, że powinienem być w tym, co należy do mego Ojca? Oni jednak nie zrozumieli tego, co im powiedział” (Łk 2, 49-50). Ewangelia po raz kolejny potwierdza, że Józef ma świadomość, iż Dziecko, którym się opiekuje, jest większe od niego. Dotyczy to także dzieci, które rodzą się z ziemskich rodziców. Również te dzieci nie są ich własnością. Postawa św. Józefa przypomina nam podstawowy fakt, że żadne dziecko nie zostało stworzone na obraz i podobieństwo swoich rodziców, ani nawet na obraz i podobieństwo ich najpiękniejszych aspiracji i marzeń na temat dziecka. Józef opiekuje się Kimś, kogo ogromnie kocha, ale wie, że Jezusa nie zrozumie do końca i że nie może zatrzymać Go przy sobie, ani dla siebie. Również w tym aspekcie jest wzorem dla ojców wszystkich czasów. Dojrzały ojciec wie, że wychowuje dziecko z miłości, a nie po to, by ono było do jego dyspozycji. Dorosłe dziecko ma prawo opuścić ojca i matkę i związać się ze współmałżonkiem, albo w szczególny sposób pójść za Chrystusem na drodze kapłaństwa czy życia zakonnego. Zadaniem rodziców jest pomaganie dziecku w dorastaniu do takiej dojrzałości i decyzji, a nie utrudnianie mu tego, czy posługiwanie się dzieckiem do zaspokojenia własnych celów albo aspiracji.

Józef wie, że Jezus go nieskończenie przerasta. Także rzeczywiści rodzice swoich dzieci często odkrywają, że ich synowie czy córki przerastają ich w swoich horyzontach myślenia i działania. Ale Józef — podobnie, jak każdy dojrzały rodzic — wie, że nawet takie dziecko nie przestaje być dzieckiem. Ono nadal potrzebuje mądrości rodziców i wsparcia z ich strony. Również wtedy, gdy rozumie bardzo dużo z tajemnicy życia i szlachetnego postępowania. Słów, których najbardziej potrzebuje, słów prawdy, a zwłaszcza słów miłości, nie może dziecko wypowiedzieć do samego siebie. Musi usłyszeć je od tych, którzy je najbardziej kochają.

Nawet wyjątkowo zdolne i szlachetne dziecko, także w wieku piętnastu czy osiemnastu lat, nadal potrzebuje obecności i miłości rodziców. Nadal też potrzebuje mądrej pomocy wychowawczej, która polega na tym, że rodzice potrafią jednocześnie kochać i wymagać, wspierać i mobilizować do pracy nad sobą. Nawet najbardziej zdolne i szlachetne dziecko potrzebuje czytelnych wzorów postępowania i wielkich ideałów. Dramatem jest sytuacja, gdy największą aspiracją dla dziecka czy nastolatka są łatwe pieniądze, szybka kariera „po znajomości”, łatwe więzi czy chwilowa przyjemność zamiast trwałej radości. Wtedy szybko pojawia się rzeczywiste nieszczęście i cierpienie.

Józef to wszystko rozumiał i musiał w niezwykle dojrzały sposób kochać i towarzyszyć Jezusowi skoro Ten „potem poszedł z nimi i wrócił do Nazaretu; i był im poddany” (Łk 2, 51). W tym kontekście pragnę zwrócić uwagę na jeszcze jeden ważny aspekt. Otóż Józef i Maryja znajdują Jezusa w świątyni, a nie gdzie indziej. Oto najlepszy sprawdzian odpowiedzialnego wychowania: odnajdowanie własnych dzieci w świątyni, odkrywanie, że żyją one w obecności Boga, że słuchają głosu sumienia, że są zaprzyjaźnione z Tym, który je najpełniej rozumie, kocha i chroni.

4. Św. Józef: mężczyzna, jakiego potrzebujemy w XXI wieku

Gdy zestawimy wszystkie cechy, które odkrywamy w osobowości i postawie św. Józefa, to możemy bez wahania potwierdzić, że jest to najwspanialszy mężczyzna w historii ludzkości. Właśnie dlatego w niniejszej analizie jego cech i zachowań najczęściej powtarzało się słowo: niezwykły. Święty Józef to wierny i posłuszny przyjaciel Boga, to człowiek sumienia i modlitwy, to ktoś zatopiony w ciszy, zdolny do głębokiej refleksji i wielkiej wrażliwości moralnej.

Św. Józef to także ktoś zdolny do głębokiego komunikowania się z samym sobą i z drugim człowiekiem. Ma odwagę prowadzenia trudnych rozmów i wsłuchiwania się w słowa oraz w ciszę drugiego człowieka. Nie podejmuje pochopnych decyzji. Nie kieruje się spontanicznymi odruchami. Nie ucieka od trudnych pytań i od twardej rzeczywistości jak ci, którzy sięgają po alkohol czy narkotyk, albo jak ci, którzy w obliczu trudności wycofują się z podjętych zobowiązań. Józef ma odwagę mierzyć się z prawdą o sobie, szukać swego powołania i realizować je w sposób heroiczny. Potrafi zawierzyć Bogu i zaufać człowiekowi.

Św. Józef nie żyje dla siebie, lecz staje się bezinteresownym, Bożym darem dla innych. Jest o nich zatroskany w sposób heroiczny, wierny i odpowiedzialny. Potrafi kochać w sytuacji zupełnie wyjątkowej i niepowtarzalnej w całej historii ludzkości. Kocha miłością odważną i widzialną, bo wcieloną w słowa i czyny. Św. Józef przypomina mężom wszystkich czasów tę podstawową prawdę, że nie ma miłości małżeńskiej bez miłości rodzicielskiej. Obie te miłości są ze sobą nierozerwalnie złączone. Również wtedy, gdy chodzi o ojcostwo duchowe, a nie fizyczne.

W tym kontekście warto podać zasadę, o której często próbują zapomnieć współcześni ojcowie w obliczu zabijania dzieci w fazie rozwoju prenatalnego. Niestety wielu chrześcijan powtarza bardzo szkodliwy i błędny slogan, że aborcji dokonuje matka dziecka. Tymczasem za aborcję zawsze odpowiedzialni są obydwoje rodzice. Co więcej, doświadczenie potwierdza, że najczęściej głównym odpowiedzialnym za zabicie dziecka jest właśnie jego ojciec, a nie matka. To on w takiej sytuacji wycofuje zwykle zarówno miłość do kobiety, jak i do dziecka, któremu przekazał życie. Poprzez swoje niezwykłe duchowe ojcostwo św. Józef pokazuje, jak bardzo można kochać i chronić także te dzieci, dla których nie jesteśmy fizycznymi ojcami. W tym aspekcie staje się czytelnym wzorem dla kapłanów, których powołaniem jest przyjąć innych ludzi z taką miłością, z jaką kochający rodzic przyjmuje własne dziecko.

Nie wiemy, jak długo żył św. Józef. Wszystko wskazuje na to, że nie doczekał publicznej działalności Jezusa, ani Jego śmierci na krzyżu. Gdyby jeszcze wtedy żył, to z pewnością nadal dyskretnie towarzyszyłby do końca Jezusowi oraz Jego Matce. Jednak nie ważne jest, jakiego wieku doczekał, bo przecież sensem ludzkiego życia nie jest wielość lat, lecz intensywność miłości, do jakiej zdolny jest dany człowiek. Św. Józef streszcza w sobie to wszystko, co charakteryzuje szlachetnego, Bożego mężczyznę: potrafił kochać i pracować.

Zakończenie

Na zakończenie pragnę podzielić się osobistym zwierzeniem. Otóż św. Józef otwiera moją prywatną listę mężczyzn, z których jestem najbardziej dumny. Na tej liście nie ma niestety — przynajmniej na razie – zbyt wielu imion, ale na szczęście nie jest to lista całkiem krótka. Przypominam sobie w tej chwili twarze mężów i ojców z rodzin, z którymi jestem zaprzyjaźniony. Oni są współczesnymi świętymi Józefami. Oni również potrafią kochać i pracować, modlić się i działać, chronić i umacniać tych, których Bóg im powierzył i którzy zawierzyli im własny los. Takich właśnie mężczyzn opisuję w książkach, które im z wdzięcznością i wzruszeniem dedykuję. Do tej grupy mężczyzn zaliczam też sporą grupę księży i zakonników, których miałem radość osobiście poznać i których Bożą postawę podziwiam.

Wszyscy ci mężczyźni z mojej prywatnej listy wzorcowych mężczyzn mają jeszcze jedną wspólną cechę ze świętym Józefem. Oni też pragną pozostać anonimowi i sądzą, że nie czynią nic wielkiego, że są zwykłymi mężczyznami. Protestują, gdy próbuję publicznie wymieniać ich imiona. W tej sytuacji pojawia się problem. Otóż może mi ktoś zarzucić, że tacy mężczyźni w ogóle nie istnieją. Z tego względu podaję przynajmniej jedno imię i to mężczyzny, który jest tuż za św. Józefem na mojej liście mężczyzn niezwykłych: to Jan Paweł II, który kochał bardziej i prowadził na głębię, który okazał się i ojcem, i świętym. On pomaga nam budować cywilizację miłości i życia, której z heroiczną wiernością służył święty Józef.

Im częściej będziemy wpatrywali się w postać i postawę świętego Józefa oraz tych mężczyzn, którzy są do niego podobni, tym więcej będzie w naszych trudnych czasach mężczyzn, którzy są przyjaciółmi Boga i ludzi, którzy potrafią kochać i pracować, którzy okazują się ojcami i świętymi. Fizyczne lub duchowe ojcostwo oraz świętość to Boże marzenie o każdym mężczyźnie. Święty Józef upewnia nas, że jest możliwe odkrycie i wierne wypełnianie tego marzenia.

Autorem tekstu jest ks. Marek Dziewiecki

Każdy żeglarz ma swoją gwiazdę. Witaj Gwiazdo morza!

1. Witaj, Gwiazdo morza,
Wielka Matko Boga,
Panno zawsze czysta,
Bramo niebios błoga.

2. Ty, coś Gabriela
Słowem przywitana,
Utwierdź nas w pokoju,
Odmień Ewy miano.

3. Winnych wyzwól z więzów,
Ślepym powróć blaski.
Oddal nasze nędze,
Uproś wszelkie łaski.

4. Okaż, żeś jest Matką,
Wzrusz modłami swymi
Tego, co Twym Synem
Zechciał być na ziemi.

5. O Dziewico sławna
I pokory wzorze,
Wyzwolonym z winy
Daj nam żyć w pokorze.

6. Daj wieść życie czyste,
Drogę ściel bezpieczną,
Widzieć daj Jezusa,
Mieć w Nim radość wieczną.

7. Bogu Ojcu chwała,
Chrystusowi pienie,
Obu z Duchem Świętym
Jedno uwielbienie.

Amen.

„Gwiazdy zawsze były przewodniczkami żeglarzy, były dla nich znakiem – ich światło napełniało serca podróżników pokojem i rozświetlało przepływany szlak, chroniąc przed zabłądzeniem. Takie zadanie przypisywano Gwieździe Morskiej Maryi, która płynących po morzu tego świata w łodziach niewinności lub pokuty, kieruje do brzegów niebieskiej ojczyzny (Konrad z Saksonii)”.

Źródło:  http://mateusz.pl/wam/poslaniec/0706-1.htm

Jan Paweł II o miłości i seksie

Pierwsze rozdziały Księgi Rodzaju stawiają przed czytelnikiem dwa kontrastujące ze sobą obrazy z udziałem dwojga ludzi: Adama i Ewy. Obraz pierwszy – czytamy w Księdze Rodzaju: „A byli oboje nadzy, Adam i jego żona, a nie wstydzili się”. Obraz drugi: „A wtedy otworzyły się im obojgu oczy i poznali, że są nadzy; spletli więc gałązki figowe i zrobili sobie przepaski”. Dwa obrazy – dwie sytuacje. Tym co odróżnia oraz radykalnie oddziela od siebie obie sytuacje, jest pojawienie się we wzajemnym odniesieniu obojga nowego doświadczenia, mianowicie doświadczenia wstydu seksualnego. Jak gdyby autor tego tekstu poprzez zastosowanie tego kontrastu sugerował czytelnikowi: zastanów się nad doświadczeniem wstydu, nad jego naturą, rolą, jaką odgrywa to doświadczenie; zobacz, co się za nim kryje.

  Adam i Ewa, Fresk z rzymskich katakumb Marcelina i Piotra, IV w.

Bł. Jan Paweł II odczytał tę sugestię i poszedł za nią, korzystając z bogatego w tej materii dorobku współczesnych myślicieli: Maxa Schelera czy pomorskiego filozofa ks. Franciszka Sawickiego. Tak oto pisze o wstydzie:

„Czym jest wstyd? (…) Z dokonywanych współcześnie analiz wstydu – zwłaszcza wstydu « seksualnego » – trzeba wnioskować o szczególnej złożoności tego podstawowego przeżycia, w którym wyraża się człowiek jako osoba we właściwej sobie strukturze. W przeżyciu wstydu człowiek doświadcza lęku wobec « drugiego ja » – tak więc np. kobieta wobec mężczyzny – a jest to lęk o własne « ja »; człowiek niejako « odruchowo » wyraża tymże samym przeżyciem potrzebę afirmacji swego « ja »: akceptacji na miarę istotnej dla niego wartości. Wyraża zaś równocześnie na wewnątrz: w sobie samym, i na zewnątrz: wobec « drugiego ». Można zatem powiedzieć, iż wstyd jest przeżyciem wielorako złożonym także i w tym znaczeniu, że oddalając niejako człowieka od człowieka (kobietę od mężczyzny), szuka równocześnie osobowego ich zbliżenia, ustanawiając dla niego właściwą płaszczyznę i « poziom »”[1].

A zatem wstyd jest (1) przeżyciem, które pojawia się (2) odruchowo (jest tu pewna niezależność od woli, spontaniczność), jego integralnym elementem jest (3) lęk o to, że (4) zostanie się potraktowanym nie jak osoba, że w oczach drugiego jest się zredukowanym do jakiegoś tylko aspektu, nieodpowiadającego pełni wartości osoby.

Przykładowo, w relacji lekarz-pacjent, jeżeli lekarz obchodzi się z pacjentem traktując go wyłącznie jak kolejny przypadek chorobowy i daje temu zewnętrzny wyraz np. w sposobie mówienia, u pacjenta pojawi się wstyd z powodu choroby, u podstaw którego leży jednak o wiele głębsze doświadczenie bycia potraktowanym w sposób przedmiotowy. Podobnie u osób z widocznym kalectwem w reakcji na ciekawskie spojrzenia postronnych pojawia się wstyd, którego źródło stanowi niebezpieczeństwo bycia sprowadzonym w oczach drugiego jedynie do tego aspektu: kalectwa, wybrakowania. Albo też dorastające dziecko, które coś zbroiło i wstydzi się powiedzieć o tym rodzicom. Dlaczego się wstydzi? Czyż nie dlatego, iż (słusznie czy nie) obawia się, że odtąd rodzice będą na nie patrzyli przez pryzmat popełnionego występku? A przecież jest ono kimś więcej aniżeli jego własny czyn.

Z kolei w relacji, w której zaangażowana jest płeć osoby, będzie to lęk przed byciem zredukowanym do sfery cielesności, płciowości, przed byciem potraktowanym w roli możliwego przedmiotu użycia, nawet na etapie samego spojrzenia drugiego człowieka.

Dzięki temu, że przeżycie wstydu jest odruchowe (Scheler nazywa je Shutzgefühl – uczuciem ochronnym), dzięki temu że jest po prostu reakcją na sytuację, w jakiej znalazł się człowiek, stanowi ono zarówno obiektywnie jak i subiektywnie (dla doświadczającego go człowieka) świadectwo istnienia obiektywnego porządku w relacjach pomiędzy ludźmi, prawidłowości, według których winny się układać relacje między kobietą i mężczyzną, zwłaszcza w sferze płciowej. Porządek ten, owa prawidłowość została sformułowana przez Karola Wojtyłę w dziele „Miłość i odpowiedzialność” w postaci tzw. normy personalistycznej – zasady, postulatu afirmacji osoby:

„Norma ta jako zasada o treści negatywnej stwierdza, że osoba jest takim dobrem, z którym nie godzi się używanie, które nie może być traktowane jako przedmiot użycia i w tej formie jako środek do celu. W parze z tym idzie treść pozytywna normy personalistycznej: osoba jest takim dobrem, że właściwe i pełnowartościowe odniesienie do niej stanowi tylko miłość”.

Miłość w jej najrozmaitszych konfiguracjach, aspektach i formach znajduje się tu na przeciwległym biegunie wobec takiego typu relacji, który określamy terminem « używanie » – słowem opisującym nasze odniesienia do przedmiotów, do rzeczy.

Prowadząc rozważania na temat miłości, Karol Wojtyła analizuje rozmaite jej etapy czy formy, ale szczególne miejsce poświęca kategorii miłości, którą określa mianem miłości oblubieńczej:

„Miłość oblubieńcza jest czymś innym jeszcze niż wszystkie dotąd przeanalizowane aspekty czy formy miłości. Polega ona na oddaniu swojej własnej osoby. Istotą miłości oblubieńczej jest oddanie siebie, swojego „ja”. Stanowi to coś innego i zarazem coś więcej niż upodobanie, pożądanie, a nawet niż życzliwość. Te wszystkie formy wychodzenia w kierunku drugiej osoby pod kątem dobra nie sięgają tak daleko jak miłość oblubieńcza. Czymś więcej jest „dać siebie” aniżeli tylko „chcieć dobra”, choćby nawet przez to drugie „ja” stawało się jakby moim własnym, jak w przyjaźni. Miłość oblubieńcza jest czymś innym i czymś więcej niż wszystkie przeanalizowane dotąd formy miłości zarówno od strony indywidualnego podmiotu, od strony osoby, która kocha, jak i od strony łączności między-osobowej, którą miłość wytwarza. Kiedy miłość oblubieńcza wejdzie w tę relację między-osobową, wówczas powstaje coś innego niż przyjaźń, mianowicie wzajemne oddanie się osób”.

Miłość oblubieńcza – najwznioślejszy rodzaj miłości, kulminacyjny jej etap – oddanie samego i całego siebie – może się wyrażać w relacji seksualnej kobiety i mężczyzny. Współżycie może stać się materią wyrazową takiej miłości!

Z jednej strony może być wyrazem użycia drugiego człowieka na sposób rzeczy (aż do właściwego rzeczom zużycia), potraktowaniem go li tylko jako środka do założonego celu – własnej przyjemności, rozkoszy – i to nie tylko przyjemności zmysłowej ściśle związanej ze współżyciem seksualnym, ale i np. przyjemności, jaką daje posiadanie drugiego człowieka, jego ciała jak rzeczy.

A może również stać się wyrazem, znakiem, mową miłości oblubieńczej – całkowitego, nieodwołalnego i do końca oddania siebie drugiemu.

A jesteśmy jeszcze wciąż na płaszczyźnie natury, samego człowieczeństwa. Natomiast w przestrzeni chrześcijańskiej wiary można jeszcze uczynić dalszy krok…[2]

Fundamenty, na których kobieta i mężczyzna mogą w przestrzeni seksualności zbudować ten ostatni typ wzajemnego odniesienia – miłość oblubieńczą, jak również te czynniki antropologiczne, które mogą stanąć temu na przeszkodzie, dogłębnie i z pasją bł. Jan Paweł II opisuje w swojej teologii ciała, tj. w serii katechez środowych wydanych w formie książkowej pt. „Mężczyzną i niewiastą stworzył ich. Odkupienie ciała a sakramentalność małżeństwa”. Ciekawych odsyłam do źródła.

Autor: Aleksander Sztramski


[1] Bł. Jan Paweł II, Mężczyzną i niewiastą stworzył ich. Odkupienie ciała a sakramentalność małżeństwa, Watykan 1986, ss. 49-50.

[2] W kierunku sakramentalności, tj. przenoszenia w świat widzialny oraz urzeczywistniania odwiecznej i niewidzialnej tajemnicy Boga.

Stróż tajemnicy podmiotu

„Odkrycie oblubieńczego sensu ciała pozostaje nadal zadane człowiekowi poprzez etos daru zapisany na dnie ludzkiego serca jakby echo pierwotnej niewinności. Z niego kształtować się będzie ludzka miłość w swojej wewnętrznej prawdzie, swym podmiotowym autentyzmie. Z niego też człowiek – również poprzez zasłonę wstydu – będzie stale odkrywał siebie jako stróża tajemnicy podmiotu, owej wolności daru, broniąc jej przed jakimkolwiek zepchnięciem na pozycję <<bycia tylko przedmiotem>>.”

Jan Paweł II

Nie zostaliśmy stworzeni do życia w samotności. I nie ma na całej ziemi takiego człowieka, który mógłby żyć bez innych. Oczywiście są chwile kiedy potrzebujemy być sami, jednak w każdym człowieku, w jego najgłębszej części, jest niewyczerpane pragnienie do życia przy kimś, a przede wszystkim DLA kogoś. Skąd takie pragnienie? I dlaczego każdy z nas je ma? Spróbuj poznać serce Boga, a zobaczysz, że On sam taki jest, pokazuje nam to i właśnie takich nas stworzył. Właśnie dlatego relacje, to jeden z najważniejszych wymiarów naszego życia, a co za tym idzie jeden z najtrudniejszych. A skoro tak, to warto się im przyjrzeć, przecież musi być tam ukryte wiele dobra i radości dla każdego z nas.

Jak mają się do tego dość tajemnicze słowa papieża? Wiele tu abstrakcyjnych pojęć,  a na koniec jeszcze to niezwykłe określenie – stróż tajemnicy podmiotu. A jednak, w tym drobnym fragmencie zawiera się pewne zadanie do wykonania, pewne powołanie przeznaczone przez samego Boga dla każdej i każdego z nas. To powołanie o którym pisze Jan Paweł II dotyczy szczególnie relacji kobieta-mężczyzna. No to się zaczyna. Wiem, że wspinamy się na Mount Everest tego co jest w człowieku, ale chcemy czy nie, ta góra jest przeznaczona do zdobycia. Więcej! Każdy może stanąć na szczycie, trzeba tylko dobrze przygotować się do tej wielkiej wyprawy.

Ale co to znaczy być stróżem tajemnicy podmiotu? I do czego to nam potrzebne? Stróż to ten który czuwa. Ten który strzeże czegoś wartościowego, jest potrzebny tylko tam, gdzie na czymś nam zależy. W tym wypadku mamy do czynienia ze stróżem jedynym w swoim rodzaju. Po pierwsze ten stróż strzeże czegoś co jest absolutnie bezcenne i nie ma niczego co miałoby taką wartości, po drugie czuwa nieustannie, dla niego nie ma zejścia z posterunku, warta trwa zawsze. Tą bezcenną wartością jest osoba. Każda osoba. Bez względu na rodzaj relacji jaki z nią tworzymy. Jednak w szczególny sposób objawia się to między mężczyzną i kobietą. Im głębsza jest ta relacja, tym bardziej zbliżamy się do szczęścia, zbliżamy się do Tego, który tak nas stworzył, tym bardziej jesteśmy Jego odbiciem. Ale każdy wie – to co jest piękne, nie jest łatwe. Jednocześnie tym bardziej powinniśmy czuwać, tym mocniej się uzbroić, bo tym bardziej ktoś będzie próbował zniszczyć to cudowne odbicie. Pozostaje jeszcze słowo „tajemnica”. Użyte nie bez powodu. Każdy z nas jest wyjątkowy i niepowtarzalny. Bóg nie stworzył dwóch takich samych osób. Wraz z tym pojawia się Jego fenomenalny zamysł, każda osoba sama w sobie jest całym światem, tak ogromnym i niezbadanym, że sami stale gubimy się w sobie, a co dopiero druga osoba, która w pewnym momencie naszego życia pragnie poznać ten świat, a Ty pragniesz tego poznania. Nie ma co się łudzić jesteśmy i pozostaniemy nawet dla siebie samych wielką tajemnicą. Oczywiście – trzeba poznawać, próbować, szukać, ale trzeba też mieć pokorę, by czasem po prostu uklęknąć przed tą tajemnicą, pogodzić się z nią i podziękować Bogu za ten cały inny świat, za tą osobę przy której jesteś.

Wchodząc z kimś w relację wyruszamy na niezwykłą wyprawę. Wyprawę pełną nieprzewidzianych niebezpieczeństw, ale też zwyczajnych trudów codziennej wędrówki. Tak naprawdę jest to podróż w nieznane. Ale żadna to przygoda w której wszystko mamy pod kontrolą i wiemy co za chwilę się wydarzy, prawda? A ta przygoda ma zadatki na największą i najpiękniejszą w naszym życiu. Jest pełna dzikości, tajemnicy i miejsc w których nikogo jeszcze nie było. W takiej wyprawie nieprawdopodobnie ważny jest nasz ekwipunek. To, co weźmiemy ze sobą może zadecydować o powodzeniu całego przedsięwzięcia. Zdumiewające jest to, że niektórzy wyruszają bez żadnego przygotowania. Chcą zdobyć szczyt idąc w kapciach i męcząc się bezlitośnie dziwią się, że wszystko tak boli, a dookoła jest kompletna ciemność. Jest wiele rzeczy, które warto wziąć, ale nie pakuj wszystkiego. Takiego plecaka nie da się nieść. Ja prócz paru innych spakowałem książkę Jana Pawła II „Mężczyzną i niewiastą stworzył ich”. Z niej dowiesz się nie tylko jak być stróżem tajemnicy podmiotu, jak to pomaga w przeżywaniu tego co jest między kobietą a mężczyzną, ale też czym jest miłość oblubieńcza i co to znaczy być darem dla kogoś.

Pamiętaj Ty też jest przeznaczony do tej wielkiej przygody. Wstań. Idź. Jesteś stróżem tajemnicy podmiotu.