Ci, którzy przyszli

Oto parę słów od tych, którzy przyszli i zostali na Lwie Judy.

Wojtek

Muszę przyznać, że nie było łatwo pojawić się po raz pierwszy na spotkaniu Lwa Judy. Podjąłem decyzję o przyjściu dopiero kiedy zgodził się ze mną pójść mój kolega. W myśl zasady „razem raźniej” pojawiliśmy się na spotkaniu. Jak było? Przeciętnie. Myślałem, że będą tu na mnie czekać, zadawać mnóstwo pytań i, że będą się tam działy jakieś niesamowite rzeczy. Pomimo to postanowiłem pójść kolejny raz. Dzisiaj po dwóch latach spotkań muszę powiedzieć, ze dobrze się stało, że wtedy nie zrezygnowałem.

Lew Judy to ucieczka od wygodnego fotela i kanapy. To okazja do tego by spotkać się razem w gronie facetów i pomyśleć o tym co ważne. Już samo przybywanie wśród mężczyzn którzy bardzo często mają takie same problemy jak ja dużo daje. Tematy i rozmowy tu podejmowane często pomagają uzyskać odpowiedzi na wiele nurtujących pytań. Jest to tez okazja by zacząć działać. Tak dosłownie, bo przecież przejście 160 km tylko z tym co masz w plecaku i noclegami w lesie to nie jest rurka z kremem. To też oczywiście modlitwa, taka męska, nie za filarem w kościele. To wspólne wyjście na piwo, pomoc innym. To też a może przede wszystkim przyjaźnie. Takie prawdziwe. To też kupa śmiechu, żartów i dobra zabawa. A może tak jak i ja uda wam się po którymś ze spotkań odkryć waszą pasję.  Mi się udało!”

Piotrek

W Lwie jestem od niedawna, to mój pierwszy rok w tej grupie i mogę z pewnością powiedzieć, że nie ostatni.  Miałem sporo pytań  co, jak ,gdzie, kiedy, po co i dlaczego??!! Szukałem miejsca dla siebie i znalazłem. Zaczęło się od filmu na pierwszym spotkaniu, tydzień później pogadaliśmy sobie o nim i zadaliśmy kilka pytań do tematu. W męskim gronie możesz serio szczerze porozmawiać i wiesz, że zostaniesz zrozumiany.  No bo co?! Nie mów mi, że ze swoją kobietą oglądasz coś więcej niż komedie romantyczne, od czasu do czasu jakiś horror(żeby przytulić ;D) lub psychola jakiegoś. No i ok, musi być czas i na to. Ale męskie kino to jest to!!! Honor, ojczyzna, rycerski etos – jak dla mnie rewelacja, to wskazuje drogę, wyznacza cel, otwiera oczy. Cały cykl spotkań sprawia, że z miesiąca na miesiąc stajesz na nogi, by po roku móc zaryczeć jak LEW. Na spotkaniach nie ma owijania w bawełnę, krótkie męskie „Ojcze nasz” i jedziemy z tematem, a jest ostro… wyć mi się chciało jak rozmawialiśmy o ojcostwie, o tym jak chłopacy rozumieją miłość ojca i syna – piękne to spotkania. Wzrosłem, przez ten krótki czas i widzę jak to wszystko się we mnie rozwija… jeśli mam być szczery, to powiem Ci o moim momencie przełomowym. Film i rozmowa ok, super, ale MAGIS to jest dopiero ogień! Nie będę wtajemniczał, ale wyobraź sobie taką sytuację.

Sobota, październikowy chłodny wieczór. Zbiórka przy przystanku na Chełmińskiej, nie znam ludzi, krótkie info wcześniej- weź ciepłe rzeczy, śpiwór i latarkę. Było nas może 10/11 osób. Na kartkach dostaliśmy pytania i w ciszy maszerując w stronę lasu ulicą Chełmińską z bagażem na plecach musieliśmy odpowiedzieć sobie na owe pytania. I wtedy właśnie był ten przełomowy moment… szedłem w tej ciszy, ubrany w moro, powoli oddalając się od miasta, kolega za mną i przede mną  oddalony o jakieś 5 metrów. Była sobota, mijali nas ludzie wystrojeni, gotowi na całonocną zabawę z alkoholem i głośną muzyką. Też tak mogę przecież, ale nie, na to będzie zawsze czas. A na zadbanie o swoją męskość, przełamywanie barier, pokonywanie lęku, próbę wytrwałości??? Zdałem sobie sprawę, że na to zbyt często brakuje mi czasu! Słysząc śmiech ludzi w oddali, warkot samochodów cichnący z każdym kolejnym krokiem, wchodząc do lasu pozostawiłem na kilka chwil zgiełk, tej soboty, tego świata, by razem (teraz już to wiem- z moimi kompanami) iść, pomodlić się, pogadać, wsłuchać się w trzask pękającego na ogniu drewna i śledzić podczas nocnej warty obozowiska drogę, którą podąża każda uciekająca stamtąd iskra. Obcy ludzie zaufali mi, miałem ich pilnować, sam w ciemnym lesie. TO BYŁO MEGA, a to dopiero trzecie spotkanie.

Już wiedziałem, że ta grupa jest dla mnie, że to tutaj chce spędzać czas. W całej swojej normalności, wspólnota jest jak dla mnie elitarna, patrząc przez pryzmat pędzącego do przodu świata, który nie stawia na zasady i lubi jazdę bez trzymanki. Modlitwa, film, szczera rozmowa, ucieczka za miasto, wspólne piwo z kumplami i nic w poniedziałkowy wieczór już mi nie trzeba.

A jeśli znowu narzekasz, że miałeś kiepski dzień, ktoś cię wkurzył, nie  postawiłeś na swoim, jesteś zmęczony, nudziłeś się, nie masz czasu… Weź chłopie głęboki oddech, włącz scenę z Braveheart jak William Walles oddaję życie za wolną Szkocję. Może oddać pokłon królowi i ulżyć swoim cierpieniom czyli jak Ty poddać się monotonii dnia codziennego, albo może zebrać resztki swoich ziemskich sił i z całej mocy wykrzyczeć WOLNOŚĆ zostając do końca wiernym swoim ideałom i temu czemu poświęcił życie!!! Nie analizując i nie myśląc o cierpieniu.

Weź się w garść! Pozwól żyć swojemu sercu pełnią męskości. Zajrzyj do nas!!!”

Jacek

Lew Judy… Trochę o nich słyszałem, czasem zaglądałem na ich stronę, parę razy widziałem ich w kościele. Mieli w sobie coś wyjątkowego, jakby jakąś tajemnicę, coś, co sprawiło, że postanowiłem ich poznać.

Na pierwszych spotkaniach nie było mi zbyt łatwo – jak zwykle zresztą bywa, gdy nowa osoba dołącza do znającej się już grupy. Okazano mi jednak wiele uprzejmości, a w dalszej „aklimatyzacji” pomógł po prostu upływający czas. Przychodziłem chyba na wszystkie spotkania. Dlaczego? Pewnie dlatego, że po każdym czułem się „napełniony męskością”. Fascynowała mnie wspólna modlitwa złączonych męskich głosów, długie przyjacielskie rozmowy i tematy cykli, po których zaczynałem zastanawiać się nad tym, czego wcześniej nawet nie dostrzegałem. Na Lwie znalazłem wiele inspiracji dla poprawy własnego życia, usłyszałem niemało odpowiedzi na nurtujące mnie pytania i nieraz stawałem przed tym z czym musiałem się zmagać. To zmaganie było bezcenne. Jako przybysz czerpałem z tej grupy całymi garściami.

Dziś Lew Judy jest dla mnie „Kompanią Braci”, grupą przyjaciół, z którymi przeżyłem mnóstwo fantastycznych przygód, zrealizowałem wiele niezwykłych pomysłów i wiem, że niejedno jeszcze przed nami. Człowiek jest ogromną rzeczywistością, zgłębianie męskiej natury to zadanie na całe życie, zmieniające się wraz z upływającymi latami. Wyruszając w tę drogę warto mieć dobrych przyjaciół, ja znalazłem ich na Lwie Judy”.

Łukasz vel. Stopa

Lew Judy to już dla mnie długa historia. A dodatkowo pomaga mi myśl, że dla innych jeszcze dłuższa. Jak to się stało, że w marcu 2009 roku przyszedłem pierwszy raz na spotkanie i tak już zostało?

Nie od razu udało mi się przełamać i przyjść. Mówiąc wprost, przez jakiś czas się „czaiłem”. Widziałem zaproszenie grupy Lew Judy  na drzwiach duszpasterstwa akademickiego, słyszałem o chłopakach przy okazji ogłoszeń w kościele, chyba nawet czytałem coś o grupie w Internecie… To wszystko mnie interesowało, ale jednocześnie nie potrafiłem podjąć decyzji: wchodzę w to. Myślałem sobie: „fajna grupa – popieram! Super, że mężczyźni robią coś razem w Kościele, ALE… ale to nie dla mnie, chyba się nie nadaję, a poza tym to by wymagało czegoś ode mnie, jakiejś zmiany, jakiejś decyzji…” Prawda i nieprawda. Prawda: to wymaga ruszenia się, jakiejś decyzji, żeby robić coś ze swoim życiem. Nieprawda: to dla mnie (i dla Ciebie, jeśli tylko chcesz), nadaję się (i Ty też).

Te lata w Lwie Judy dały mi bardzo wiele. Jestem wśród ludzi szukających planu Bożego dla siebie konkretnie w tym, że stworzył nas jako mężczyzn. W tym staram się Go poznawać i w tym właśnie też Go chwalić. Zyskałem wspaniałych przyjaciół, na których mogę liczyć. Na jednych ze zorganizowanych przez nas rekolekcji dla mężczyzn pojawiło się określenie, które już nam towarzyszy: pluton wsparcia. Tym jest Lew Judy dla mnie: drużyną braci. Przyjaźń to piękna rzecz i myślę, że szczególnie dla mężczyzny ważne jest, żeby mieć wokół siebie takich przyjaciół, towarzyszy drogi, przy których można wzrastać w Bogu i ku pełni męskości – wspierać się w tej wędrówce. Sama obecność braci pomaga mi konfrontować moje postawy i wybory z innymi. To karze mi się zastanawiać nad tym, co robię, dlaczego to robię i co to oznacza dla mnie jako dla mężczyzny. A odbywa się to różnie. Jeśli jesteś na naszej stronie, to pewnie masz jakieś wyobrażenie. Możesz sam przeczytać nasze relacje z obozowania i wędrówek, z rekolekcji i pielgrzymek, a też o tym, że dzielimy się życiem, doświadczeniem, oglądamy filmy, wychodzimy na piwo, rozegramy czasem jakiś mecz… Dobrze o tym poczytać, ale pełny obraz będziesz miał dopiero, gdy przyjdziesz i zobaczysz. Moje (i niejednego z kolegów) doświadczenie jest takie: Lew Judy to naprawdę grupa inna niż się wydaje, gdy się jej przygląda z daleka. Jest bardziej zwyczajna niż możesz w tej chwili myśleć, a jednocześnie w głęboki sposób niezwykła i inna. Przyjdź i zobacz!”

Przemek

Do grupy „Lew Judy” trafiłem już na samym początku jej powstania. Było to drugie spotkanie w październiku 2007 r. Dziś patrzę na to wydarzenie, jako na odpowiedź Pana Boga na moje pragnienie, które pojawiło się po przeczytaniu kultowej już książki Johna Eldredga „Dzikie serce”. Chciałem po prostu przynależeć do grupy mężczyzn, z którymi będę mógł dojrzewać do męskości. Pan Bóg dał mi to w odpowiednim dla mnie czasie. O powstaniu grupy dowiedziałem się z Internetu, a następnego dnia dostałem wiadomość od koleżanki, która widziała plakat w gablocie oo. Jezuitów. Postanowiłem przyjść i przyszedłem, bo wiedziałem, że to dla mnie będzie coś ważnego. Była to jedna z tych decyzji, które zmieniają naprawdę wiele w życiu.

Jedną z najcenniejszych rzeczy dla mnie, jakie Pan Bóg zdziałał przy pomocy „Lwa Judy”, to było „poczucie” prawdziwego braterstwa. Nie doświadczyłem tego wcześniej w tak głęboki sposób jak na Lwie. To swoiste przełamanie się przyszło po pewnym czasie naszej wspólnej drogi z mężczyznami z Lwa Judy. Przyszło w sposób naturalny, że nawet tego nie zauważyłem i po prostu wspólnie poczuliśmy „braterstwo broni”. Pomiędzy nami nawiązały się prawdziwe przyjaźnie. Dla mnie osobiście nie oznacza to oczywiście tego, że już mam pracę nad sobą samym jako mężczyzną zamkniętą. Wręcz przeciwnie jestem otwarty na nowe, nieznane dotąd horyzonty wzrostu i przygody w życiu z Panem Bogiem. Zacząłem robić rzeczy, o których kiedyś nawet by mi się nie przyśniło, a wręcz powiedziałbym w przeszłości, że to nie dla mnie. Lew Judy stawia mi wciąż nowe wymagania.

Lwa Judy polecałbym każdemu, kto chce świadomie kształtować swoją męskość z Panem Bogiem w Kościele. Jest to jeden z środków zaradczych na problemy współczesnych mężczyzn, na które przede wszystkim zwracają uwagę Kobiety szukając tych głębokich i prawdziwych facetów. Zapraszam wszystkich Panów i mówię: Odwagi! Nie bójcie się! To też dla Was. My, mężczyźni borykamy się z podobnymi problemami i stawiamy sobie podobne wyzwania w życiu. Dobrze jest o tym podzielić się w grupie stworzonej tylko dla nas samych.

O Lwie Judy – w jaki sposób ubogacił moje życie mógłbym napisać o wiele więcej. Nie miejscu tu na to. Jeśli masz ochotę posłuchać mojej historii napisz do mnie na maila: przemomail@wp.pl. Możemy się umówić na spotkanie i porozmawiać. Jeśli krępujesz się przyjść samemu na Lwa, to przyjdę z Tobą. Będzie raźniej wejść na spotkanie z kimś, kto jest tam już od kilku lat”.

Zbyszek

Po co mi Lew Judy? Moje pierwsze spotkanie z Lwem Judy było na rekolekcjach w 2012 roku. Od tamtej pory staram się regularnie uczestniczyć w spotkaniach i wszelkich akcjach organizowanych przez Lwa Judy.  Odpowiadając na to pytanie, no właśnie: uczę się jak być sobą, doświadczam życia pełnią serca, odkrywam drogę ku męskości, odkrywam swoje słabości (a tych niestety sporo).

Co mnie cieszy to, że nikt mi nie mówi, że mam być taki czy taki, że tak postępuje prawdziwy mężczyzna czy chrześcijanin (możliwe, że Bóg się śmieje z takich sloganów…) Dla mnie to stek bzdur, ja chcę być sobą, chcę być wolny, walczyć o siebie, o moją rodzinę, pomagać innym mężczyznom w ich drodze. Za dowódcę w tej wędrówce mam Jezusa a za kompanów – kolegów, na których mogę liczyć. To dzięki spotkaniom na Lwie poznaję jak „inaczej” żyć z Bogiem, że można modlić się nocą w lesie, na przystanku, trenując sport, czy gdzie Duch zawoła, nie tylko w Kościele czy w domu.
Nie jest to droga łatwa. Często upadam, zniechęcam się, jednak wiem, że warto iść do przodu i to jest TO!!!”

Wojtek

Kiedy po raz pierwszy pojawiłem się na spotkaniu Lwa Judy czułem się trochę nieswojo. Ludzie wokół mnie beztrosko rozmawiali i zdawało się, że wcale nie zauważyli mojej obecności. „Ładnie się zaczyna” – pomyślałem. Potem była modlitwa, wspólna msza, informacja o następnym spotkaniu. Wyszedłem z mieszanymi uczuciami. A jednak, mimo to poszedłem na spotkanie jeszcze raz, potem był kolejny, następny… Od tamtego czasu minął prawie rok i chyba najwyższy czas zatrzymać się na chwilę i skreślić parę słów.

Lew Judy to budzenie serc mężczyzn do życia pełnią. Na spotkaniach modlimy się wspólnie o to aby mężczyźni naszych czasów i my sami potrafili okazywać męstwo. Jakże wspaniałym jest uczucie wspólnej modlitwy , kiedy razem w kręgu stajemy majestatycznie obok siebie i prosimy Ojca w niebie o potrzebne łaski. Brzmimy dumnie, gdy głośno intonujemy „Ojcze Nasz”, nie wstydzimy się wiary… Rodzi się w nas uczucie wspólnoty a modlitwa ta z pewnością jest miła Bogu.     Prawdziwa modlitwa jest siłą. Wielu mężczyzn w dzisiejszych czasach niestety zbyt często o tym zapomina. Zapominam też i ja. Utworzony niedawno w naszych szeregach Męski Pluton Różańca gdzie wspólnie  dzień po dniu każdy z nas odmawia dziesiątkę różańca pokazuje jednak, że można. I choć przychodzą trudne dni, kiedy wydaje się, iż nie podołamy, to jednak poczucie lojalności i braterstwa zwycięża. I znów złączeni myślami prosimy o potrzebne łaski.

Lew Judy to nie tylko jednak modlitwa. To wspólne przypatrywanie się naszym słabościom. To także próby wniknięcia w głąb siebie i odnalezienia lęków które tkwią w każdym z nas. Z pewnością łatwiej jest z nimi walczyć kiedy tworzy się drużynę, kiedy wiemy, iż nie jesteśmy sami z naszymi problemami, gdy możemy liczyć na kompana który jest z nami podczas walki. Temu służy nie tylko refleksja ale też wspólne wyjścia w tym Magis. To właśnie tam stajemy twarzą w twarz ze światem, to właśnie tam przekonujemy się, że dużo łatwiej jest gadać a trudniej coś zrobić. I to właśnie tam poznajemy jakże głęboko czasem ukryte prawdziwe ja. Choć to tylko poligon ćwiczeń i dopiero życie zweryfikuje nasze przygotowania to jednak warto. Bo czymże jest żołnierz bez treningu. Magis pomaga nam niwelować nasze lęki i solidnie przygotować się do boju. Bo nad męstwem należy pracować. Męstwo należy w sobie rozpoznać a potem je rozwijać.

W roku ubiegłym miałem także okazję uczestniczyć w rekolekcjach Lwa Judy które odbywały się pod hasłem Przygoda Twojego Życia W klimacie średniowiecznego zamku każdy z nas szukał odpowiedzi na wiele pytań. Co mnie ożywia? Czy pozwalam sobie na dzikość i ryzyko? To tylko niektóre z nich. Tam też uczyliśmy się milczeć. Godziny spędzone w ciszy sam na sam ze sobą nie były łatwe. Ale wszyscy podjęli wyzwanie. I walczyli  wytrwale. Nocna wyprawa do lasu, droga którą kroczyliśmy przyniosła wiele  refleksji.

W dzisiejszym zabieganym świecie człowiek nie zawsze znajduje czas aby być człowiekiem, aby prawdziwie żyć. Ale warto to robić. Obym ja to potrafił. Obyś i Ty potrafił. Następne spotkanie w poniedziałek. Do zobaczenia na Lwie Judy!

P.S.

Za chwilę wyruszamy na wspólną pielgrzymkę. Kolejna próba przed nami. Jak będzie? Nie wiemy. Bo „Nikt prawie nie wie, dokąd go zaprowadzi droga, póki nie stanie u celu.”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Jesteśmy wspólnotą dorosłych mężczyzn. Wędrujemy z Bogiem do pełni męskości. Nasza misja to wzmacnianie fizyczne, psychiczne, a przede wszystkim duchowe mężczyzn z naszej wspólnoty Lew Judy i wszystkich mężczyzn. Tak, byśmy przez naszą męskość zbliżali się do Boga, służyli innym ludziom, poznali i przezwyciężyli samych siebie i panując nad sobą wolni żyli pełnią serca.