Męska Pielgrzymka 2014

Dzień pierwszy – poniedziałek 30.06.2014

Pierwszy dzień pielgrzymki jak zwykle szary i pochmurny. Trzeci raz z rzędu identyczna pogoda, może będzie z tego jakaś tradycja? Wyruszyliśmy po porannej mszy u oo. Redemptorystów. Większość idzie kolejny raz, ale są też nowi: Daniel, Mikołaj, Krystian i Tomek. Ekipa szybko zapoznaje się ze sobą i zgrywa. Jednak wymarsz mamy powolny, zbyt wiele krótkich postojów na początku.

Wkrótce po opuszczeniu miasta skierowaliśmy nasze kroki ku leśnym duktom poligonowych lasów – najkrótszej i najmniej „ucywilizowanej” drogi wiodącej wprost na południe.

Głośny huk przecina powietrze. Gdzieś na poligonie trwają ćwiczenia artylerii. Idzie się kiepsko, stopy grzęzną w miałkim piasku. Dookoła leje po pociskach i różne zniszczone już cele. Bitewny krajobraz. Kolejny wystrzał. Dodajemy sobie otuchy śpiewem i żartami. Następny, głośniejszy. Niby nic, ale różne myśli przychodzą do głowy w takim miejscu i czasie. Byle jak najszybciej przejść przez ten poligon.

Gdy opuściliśmy tereny wojskowe okazało się, że nadłożyliśmy nieco drogi – dukty w lasach zmieniły swój bieg i nie pokrywały się dokładnie z mapą. No cóż, czasem po prostu tak bywa. Swoje trzy grosze dołożyła też pogoda – deszcz rozmył plany dłuższego postoju na posiłek. Obiadu nie było, ale za to wszyscy otrzymaliśmy chrzest. Łukasz – nasz przewodnik – starał się znaleźć jakieś skróty, by zredukować nadłożony wcześniej kawałek. Nadzieja popychała do przodu, choć różnie na tych skrótach wychodziliśmy.

No to ciekawie wdepnęliśmy. Jak okiem sięgnąć pole kapusty. Mokre, błotniste, pole kapusty. Idziemy gęsiego wąską dróżką, każdy schowany pod jakimś deszczakiem. Szlak co jakiś czas się zaciera, co jakiś czas znów się pojawia. Przystajemy, żeby naradzić się nad dalszą trasą. Kap, kap, kap… krople deszczu rytmicznie stukają po kapturach, powietrze przenika kapuściany zapach. Ktoś rzuca: „Pielgrzymka inna niż wszystkie”. Wystarczyło, by parsknąć głośnym śmiechem. To prawda, musimy nieziemsko wyglądać na tym polu.

Wieczorem zaczęło dopadać nas zmęczenie. Pierwszego dnia maszerowaliśmy długo i przeszliśmy szmat drogi. Dlatego zdecydowaliśmy się rozbić obóz nieco wcześniej – na skraju napotkanej wsi. Kilku z nas poszło szukać jakiegoś miejsca, pozostali czekali pod drzewem przy drodze. Po chwili podszedł do nas nieznany mężczyzna. Przedstawił się, opowiedział o sobie i zaoferował pomoc. Jego otwartość i szczerość ujęły nasze serca. Przyjęliśmy gościnę pod dachem, który nam wskazał.

Budynek nie jest zamieszkany – betonowa podłoga i ściany. Ale dach nad głową i możliwość osuszenia to prawdziwy luksus po całym dniu marszu. Tomek – fizjoterapeuta prowadzi wieczorne rozciąganie. Potem wspólna modlitwa i podsumowanie dnia. Są pierwsze kontuzje, jest zmęczenie, ale ogólnie trzymamy się nieźle.

IMG_5307

Dzień drugi – wtorek 01. 07. 2014

Rankiem pożegnaliśmy naszego gospodarza i udaliśmy się do pobliskiego kościoła, by dzień zacząć od Mszy Świętej. Proboszcz parafii szczerze zainteresował się naszą pielgrzymką, jej celem, charakterem i intencją. Opowiadaliśmy mu o całym przedsięwzięciu, jednocześnie przygotowując się do kolejnego dnia marszu.

Rozłożyliśmy się na schludnie przystrzyżonym trawniczku, tuż przy kościele. Michał coraz wyraźniej sygnalizuje kontuzję, więc Tomek – uznany już za naczelnego medyka wyprawy – przygląda się jego nodze. Pozostali rozgrzewają się, rozmawiają, sprawdzają plecaki. Faltyn przyczepia Tomkowi do plecaka białą chustkę z czerwonym krzyżem – nominacja na medyka dokonana w pełni. Zaraz ruszamy dalej. Moje postanowienie na najbliższe dni? Będę szedł na końcu towarzysząc najsłabszym kolegom.

Tego dnia marsz oraz postoje upływały całkiem sprawnie. Jedynie Michał zaczął coraz bardziej zostawać w tyle za grupą. Niepokoiliśmy się o jego zdrowie.

Zrobiło się gorąco. Powietrze pachnie smołą ze świeżo remontowanej drogi, a buty kleją się do asfaltu. Cała drużyna siedzi na poboczu w cieniu drzewa – czekają na nas, bo bardzo się opóźnialiśmy. Michał prosi o chwilę uwagi. Podjął decyzję – dojdzie z nami do Kruszwicy i tam skończy pielgrzymkę, ponieważ uraz nie pozwala mu iść dalej. Smutno nam, ale jednocześnie rozumiemy go dobrze. Pora wstać, do Mysiej Wieży jeszcze parę długich kilometrów.

IMG_5310

W Kruszwicy zrobiliśmy dłuższy postój na posiłek. Każdy chwycił swoją karimatę, żeby móc rozciągnąć się na trawiastym, zacienionym skwerku. Przechodzący ludzie przyglądali się ciekawsko, a my po prostu odpoczywaliśmy i dopisywały nam dobre humory.

Faltyn podniósł do góry czajnik i zaczął licytację: „Dobry, zadbany czajnik oddam…”. Niesie go od początku wyprawy z myślą o przygotowywaniu wody z ogniska. Jednak dziś ma już dosyć tego dodatkowego bagażu – czajnik trafi do śmietnika, chyba, że ktoś się na niego skusi. Chłopaki podłapują zabawę i robi się z niej małe handlowe show. Niestety czajnik nie znajduje nabywcy, ale za to poprawia wszystkim humor i z całą pewnością przejdzie do legendy.

Ostatni, dość długi odcinek wyznaczonej na ten dzień trasy przeszliśmy dynamicznym tempem. Mimo to,  kiedy dotarliśmy do punktu wyznaczonego na nocleg zaczynało już się ściemniać. Sporo drogi mieliśmy za sobą, toteż nikt w drużynie nie dziwił się zmęczeniu kolegów. 

Dzień trzeci – środa 02. 07. 2014

Rześki poranek i żwawa pobudka – szybko pakujemy plecaki, by bez ociągania ruszyć w dalszą drogę. Chcemy zdążyć na poranną mszę w pobliskiej wiosce, a dzieli nas od niej ok. 6 km. Zauważam, że dziś moim towarzyszem na końcu jest Krystian. Idzie mu się wyraźnie gorzej. Kolejna kontuzja w drużynie?

Moje przeczucia niestety okazały się trafne. Tuż po Mszy Świętej naszą grupę opuścił Krystian. Podobnie jak Michał nie mógł iść dalej z powodu kontuzji. Utrata dwóch towarzyszy w ciągu zaledwie dwóch dni nie przydarzyła nam się jeszcze nigdy i niezbyt dobrze wpłynęła na morale zespołu. Dla poprawy nastroju żartowaliśmy, że ten komu Tomek naklei kinezjotape’y odpadnie następny, bo wcześniej kleił je Michałowi i Krystianowi. Na duchu podnieśli nas też przewodnicy – dzisiejszy odcinek miał by krótszy i skończyć się nad jeziorem.

IMG_5444

Parę kilometrów temu przekroczyliśmy granicę Wielkopolski. Dobrze idziemy, tempo solidne, mało postojów. To chyba zasługa piosenek. Śpiewamy wszyscy. Wystarczy tylko, że ktoś zanuci jedną i po chwili dołącza do niego chór. Śpiewamy i droga upływa niepostrzeżenie. Będziemy nad jeziorem niewiele popołudniu.

Faktycznie szybko dotarliśmy do Ślesina, miasteczka położonego nad dużym i czystym jeziorem. Dzięki temu całe popołudnie mogliśmy przeznaczyć na odpoczynek i regenerację – kąpiąc się, spacerując, zdejmując z pleców ciężar naszych bagaży. Przed snem zebraliśmy się jeszcze wokół ogniska.

Siadamy w kręgu, by zacząć codzienne podsumowanie i pomodlić się wspólnie. Czas spędzony nad wodą każdemu przymnożył sił, dziś dzielimy się budującymi słowami. Nocne zebranie przy ogniu cementuje nasze więzi. Na koniec rozdzielamy warty i większość może udać się do obozowiska rozłożonego nad brzegiem jeziora. Cicha, spokojna noc. Kładąc się spoglądam w górę na czyste rozgwieżdżone niebo. To już prawie połowa naszej przygody. Co będzie dalej? Jakie będą kolejne dni? Zasypiam czując na twarzy muśnięcia chłodnego wiatru ciągnącego od jeziora.

2014-07-03 04.19.18

Dzień czwarty – czwartek 03. 07. 2014

Wczesnym rankiem obóz stał na nogach. Po nocy spędzonej nad brzegiem jeziora, nieco zmarznięci, ale za to zregenerowani i wypoczęci z werwą zaczęliśmy kolejny dzień wędrówki. Naszym pierwszym celem był Licheń i Msza Święta w bazylice.

Dotarliśmy do Sanktuarium właściwie jednym długim skokiem. Poza krótkim postojem w lasku szliśmy bez przerwy zachowując wysokie tempo. Warto było. Znaczna część dzisiejszej trasy była już za nami.

Licheń. Słońce rozlewa się po malowniczych zielonych błoniach, igra z cieniem w zakamarkach barwnych, zadbanych ogrodów, lśni w wodach szumiących cicho fontann. Prawdziwy raj dla kogoś, kto spędził kilka dni w drodze. Zanurzamy się w chłodnej, marmurowej przestrzeni ogromnej bazyliki. Niedługo zacznie się msza. Piter poszedł dołączyć do służby liturgicznej, przy okazji poprosił celebransa o wspomnienie naszej pielgrzymki podczas wymieniania intencji. Dzwonek, pieśń na wejście… Jesteśmy w dobrych rękach.

Marianie obdarowali nas drobnymi upominkami z sanktuarium – obrazkami, modlitewnikami, folderami. My z kolei podczas postoju po prostu rozmawialiśmy z napotkanymi ludźmi, czując, że jest to zarówno dar dla nas, jak i dla nich.

IMG_5501

Z Lichenia ruszyliśmy najkrótszą drogą wiodącą do Konina, by tam przejść przez Wartę.

Dzisiaj nie dajemy sobie forów – idziemy szybko, choć żar leje się z nieba. Z podziwem obserwuję Mikołaja. To jego pierwszy raz na pielgrzymce i choć widzę jak słabnie na ciele, to imponuje mi fakt, że nie załamuje się jego wola, by iść z nami dalej. A nie jest zbyt lekko. Musimy uważać na postoje – pojawia się tendencja do zasiadywania. Dziś podczas przerwy na koronkę niektórzy zasypiali, gdy tylko usiedli pod drzewami.

Cóż, droga pielgrzyma to nie są same miłe przygody. Tak naprawdę to w 90% zmęczenie, szczypiący pot, odciski, obolałe mięśnie i kaprysy pogody, które paradoksalnie pomagają dostrzec przedziwną opiekę Bożej Opatrzności w każdej chwili, doceniać gesty dobroci napotkanych ludzi, cieszyć się z najprostszych rzeczy i dzielić się tą radością z innymi. Pielgrzymka to Boży trud przemieniający serce.

W końcu dotarliśmy do Konina. Przeszliśmy przez mosty i większą część miasta. Możemy pozwolić sobie na dłuższą przerwę. A jest okazja – Tomek ma dziś imieniny. Częstuje żelkami i cukierkami, które kupił po drodze. Wesoły postój. Składamy solenizantowi życzenia. A potem… jedni opatrują nogi, inni ucinają sobie krótką drzemkę. Ostatni odcinek nie będzie zbyt długi, ale zawsze warto się przygotować.

Koniec czwartego dnia jest dla przewodników prawdziwym wyzwaniem w kwestii noclegu. Docieramy bowiem do autostrady, a tam czeka na nas absolutne pustkowie, bez możliwości spokojnego rozstawienia się gdziekolwiek. Na szczęście udało nam się jeszcze raz zanocować w zeszłorocznej miejscówce – starym, zdemolowanym bloku, nieopodal autostrady.

W środku niewiele się zmieniło. Szare ściany, gruz i szkło na podłodze. Przygotowujemy sobie jeden z pokoi i układamy się w nim wszyscy razem jak sardynki w puszce. Do modlitwy i podsumowania dnia zostało jeszcze trochę czasu, więc można zjeść jakąś kolację. Wyciągam Esbita, żeby zagrzać sobie kubek wody. „Mogę po Tobie?” – Daniel ma tabletki, ale potrzebuje stelażu. „Jasne” – w drodze trzeba umieć dzielić się wszystkim. Stosując tę zasadę, sprawisz, że nie zabraknie ci niczego. „A może chcesz napalm?” – Faltyn pokazuje swój patent: puszeczkę napalmu w żelu, który spala się równomiernie. A nie mówiłem? Im więcej podzielisz z innymi, tym więcej zyskasz – przewrotna, ale skuteczna logika. Logika Ewangelii.

Oswoiliśmy samotny blok, który tak straszył nas w zeszłym roku. Ostatecznie to dziwne miejsce ponownie zapewniło nam schronienie i wypoczynek.

2014-07-04 05.44.57

Dzień piąty – piątek 04. 07. 2014

Być może była to zasługa wczorajszego intensywnego marszu, a może świadomość nieodległego już końca wędrówki – w każdym razie tego dnia szliśmy równomiernym, acz wolniejszym już tempem.

Upał. Skrawek cienia za napotkaną po drodze stacją benzynową jest jak oaza na asfaltowej pustyni. Od pewnego czasu idziemy odcinkiem ruchliwej krajówki, którego nie ma jak obejść. To daje w kość. Za stacją jest kran i kawałek węża. Okazja do odświeżenia w chłodnej wodzie… Okazja do żartów. Jak małe dzieci psocimy się sobie nawzajem, gdy ktoś korzysta z wody. A wydawałoby się, że przeszliśmy już wystarczająco dużo, by nie mieć siły na takie zabawy. Hehehe… czy ktoś to nagrywa?

Ze zdumieniem odkrywaliśmy, że w wielu miejscowościach, w których pojawialiśmy się ponownie, ludzie pamiętali nas, pozdrawiali i z zainteresowaniem zagadywali. Sami, nie omieszkaliśmy też zastukać do znajomych drzwi.

„Dzień dobry!” – uprzejma pani, która poczęstowała nas herbatą w ubiegłym roku, dziś także jest w domu. Przysiadamy na progu, by porozmawiać chwilę, opowiedzieć jak zakończyła się zeszłoroczna pielgrzymka i podzielić się tegorocznymi przygodami. Dołącza do nas jej sąsiadka z małym wnukiem. Dajemy chłopcu obrazek ze świętym i parę cukierków. Pielgrzymka to szansa dawania świadectwa, którą warto wykorzystać. Przed odejściem modlimy się wspólnie Koronką do Miłosierdzia Bożego.

IMG_5547

We Mszy Świętej uczestniczyliśmy wieczorem, w parafii niewiele oddalonej od przewidywanego miejsca noclegu. Jednak to, gdzie dokładnie spędzimy noc, wciąż było dla nas zagadką. Szliśmy więc przed siebie w kierunku okolicznych lasów, modląc się i zastanawiając, co uda nam się znaleźć.

Otaczają nas chmary komarów i innego robactwa. Wieczorem, po zachodzie słońca nie ma na nie żadnych skutecznych repelentów. Szykuje się wesoła nocka. Nagle słychać z dali szum zbliżającego się auta. Schodzimy na pobocze, lecz samochód zatrzymuje się przy nas. Ze środka natomiast uśmiecha się gospodarz, który uratował nas przed komarami w zeszłym roku. Oświadcza, że w jego domu czekają już na pielgrzymów i zaprasza. Nasze zdziwienie miesza się z wdzięcznością. Idziemy przywitać się z zaprzyjaźnioną rodziną.

Ostatni wieczór przed Kaliszem spędziliśmy przy wspólnym stole z rodziną gospodarza, aż do zmierzchu rozmawiając pod gołym niebem. Wiele radości było w tym ponownym spotkaniu, po którym czekał nas spokojny sen w małym gospodarczym stryszku. Napotykani w drodze ludzie są błogosławieństwem dla pielgrzymów. Dlatego każdemu dajemy to, co posiadamy – naszą uwagę, pamięć, modlitwę.

IMG_5607

Dzień szósty – sobota 05. 07. 2014

Rankiem, po wspólnej modlitwie opuściliśmy znajome progi i ruszyliśmy w dalszą drogę. Uskrzydlała nas myśl, że już dziś, już tego dnia powinniśmy dotrzeć do Kalisza. Ale czekający nas odcinek, wcale nie był taki krótki.

Przez cały dzień wędrujemy nie robiąc w zasadzie żadnej dłuższej przerwy. Raz pomyliliśmy drogę i teraz staramy się wyrównać tę stratę. Gorący i duszny wiatr smaga nas po twarzach. Robi się ciężko – każdemu. Idziemy miarowo, z przyzwyczajenia – byle do następnego zakrętu, a potem jeszcze do kolejnych zabudowań, itd. Buty parzą w stopy i nogi bardzo bolą. W końcu zatrzymujemy się przy kościele. Padamy na trawie w cieniu rosnących drzew i zasypiamy. Wszyscy, bez wyjątku.

Czasami zdumiewa mnie, jak niespodziewane pokrzepienie potrafi Pan Bóg postawić przed człowiekiem w chwili, gdy brakuje sił, a trzeba jeszcze mierzyć się z drogą.

„Dzieci, a wy dokąd idziecie?” – pyta nieznajoma kobieta, za którą chowa się mała dziewczynka. Chłopaki budzą się ze snu, równie zdziwieni jej obecnością jak ja. Wygląda na to, że trochę poleżeliśmy w tej trawie, pewnie wyglądamy teraz bardzo marnie. Odpowiadamy, że jesteśmy pielgrzymami i wędrujemy z Torunia do Kalisza – od św. Józefa do św. Józefa. Kobieta każe nam zaczekać i odchodzi na jakiś czas. Po chwili wraca z synem. Podarowują nam zgrzewkę wody i… rodzynki w czekoladzie. Jestem wzruszony, chłopaki też. Nie uwierzymy nikomu, kto powie, że w ludziach nie ma już bezinteresownej dobroci.

Pamiętam, że tamtego dnia przed ostatnim wymarszem głośno odśpiewaliśmy Koronkę do Bożego Miłosierdzia. I poszliśmy. Prosto do Kalisza, nie robiąc w zasadzie żadnych przystanków. Kiedy potem zaczął padać deszcz nawet nie wyciągaliśmy deszczaków – mogliśmy moknąć, nasz cel był już na wyciągnięcie ręki.

Przed chwilą minęliśmy upragniony znak – jesteśmy już w Kaliszu. Nieco wcześniej dołączył do nas Marek – kolega, który pochodzi z okolicy i wędrował z nami przed rokiem. Teraz stajemy na wzniesieniu, a poniżej rozpościera się widok na całe miasto. Wchodzimy niespiesznie jakbyśmy smakowali tę chwilę. O tak, to naprawdę wyjątkowy moment.

IMG_5657

Dzięki gościnności o. Superiora mieliśmy zapewniony nocleg w domu rekolekcyjnym u Jezuitów. Co prawda to nie był jeszcze ostatni dzień, ale dla nas to już było święto. Dotarliśmy na miejsce, cali i zdrowi. Wymienialiśmy się podziękowaniami i gratulacjami, a radosnej atmosfery dopełniła domowa kolacja, którą podarowała nam mama Marka, byśmy nie kończyli pielgrzymki z pustym brzuchem.

Dzień siódmy – niedziela 06. 07. 2015

Pierwsza niedziela lipca, czyli oficjalne zakończenie pielgrzymki. Dla nas to jednak coś więcej, niż zwykłe zamknięcie przygody. Ta niedziela jest świętem jednoczącym wszystkich, których połączyła wspólna droga do św. Józefa – pielgrzymów, życzliwych ludzi, osoby otaczane modlitwą i łączące się w modlitwie.

Gdy zbliżamy się do drzwi sanktuarium, wita nas Michał. Dobrze jest go znowu widzieć. Wszyscy powoli się gromadzą. Chłopaki z różnych miejsc w kraju, każdy z własnym bagażem przygód i doświadczeń. Są rodziny i bliscy, z daleka kiwają nam osoby napotkane po drodze – a więc przyjechali, odpowiedzieli na nasze zaproszenie. Na mszy – uczcie Chrystusa, w domu Ojca, spotykamy się razem zjednoczeni w jednym Duchu.

Nie obeszło się bez pamiątkowych zdjęć i tradycyjnych dziesięciu pompek przed sanktuarium. Zjedliśmy wspólny obiad dzieląc się opowieściami o rzeczach, które przydarzyły nam się w drodze i nadzieją, że za rok o tej samej porze – zejdziemy się tu ponownie.

Jedna myśl nt. „Męska Pielgrzymka 2014”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Jesteśmy wspólnotą dorosłych mężczyzn. Wędrujemy z Bogiem do pełni męskości. Nasza misja to wzmacnianie fizyczne, psychiczne, a przede wszystkim duchowe mężczyzn z naszej wspólnoty Lew Judy i wszystkich mężczyzn. Tak, byśmy przez naszą męskość zbliżali się do Boga, służyli innym ludziom, poznali i przezwyciężyli samych siebie i panując nad sobą wolni żyli pełnią serca.