Magis Lwa Judy – Zaufanie i Przyjaźń

Toruń, 17 marca 2013 r.

4:30, pod Józefem – tradycyjnie. Tuż przed świtem jest najzimniej, najciemniej i na chwilę zupełnie milknie wiatr. Miasto puste, mroźne powietrze zdaje się stać w miejscu i petryfikować wszystko dookoła.  Cicho. Tylko gdzieś w dali huczy ruszający z przystanku autobus, a poza tym cicho tak, że wyraźnie słychać stukot butów po chodniku. Na końcu ulicy widać jakąś grupkę osób, 3-4 postaci stoją już przy kościele. To na pewno chłopaki, zaraz zaczynamy magis…

F1

Dzisiaj kapitanem jest Łukasz. Najpierw modlitwa. Stajemy pod figurą św. Józefa, ściągamy czapki – ta chwila skupienia przed wymarszem jest bezcenna. Potem najkrótszą drogą idziemy w stronę lasu, a Łukasz tłumaczy nam nasze zadanie. Mamy iść w parach zachowując taki dystans, by widzieć siebie nawzajem, ale zarazem zbytnio się nie zbliżać. Robiliśmy tak już nie raz, aby móc spokojnie wejść w dialog z jednym towarzyszem i dzięki temu lepiej się poznawać. Tym razem jednak doszła pewna nowość – jedna osoba w parze ma iść z zamkniętymi oczami, a druga ma ją prowadzić. Robi się ciekawie, bo niby jak to zrobić? Mamy trzymać się za ręce?

Jestem w parze z Przemkiem. Prowadzić, czy zamknąć oczy i pozwolić poprowadzić siebie? Wiem, że wolę prowadzić – taki mam charakter, dlatego szybko podejmuję decyzję – „Ja zamykam oczy, Ty prowadź”.

Początkowo nie jest łatwo. Nogi grzęzną w kopnym śniegu, ślisko. Idę ostrożnie stawiając każdy krok, trzymam się plecaka kolegi i słucham jego poleceń, w końcu to on widzi za nas dwóch. Heh, lekcja pokory i zaufania w jednym. Gdy wchodzimy w gęstszy las nie opuszcza mnie poczucie, że za chwilę przyłożę w jakieś drzewo, albo zaczepię głową o gałęzie. Jednak Przemek dobrze prowadzi, na nic nie wpadam, uprzedza mnie o zmianie podłoża, kierunku, wzniesieniach terenu. Rozmawiamy i po pewnym czasie zauważam, że idziemy całkiem szybko. Kiedy zaczynaliśmy brak wzroku był niemal obezwładniający, teraz nie był już wielką przeszkodą – w pewnym sensie zaufanie prowadzącemu okazało się prawie wygodne, bo to on czuwał za nas obu. Piękne uczucie. Jednocześnie wyostrzają się inne zmysły, jakiś specyficzny rodzaj wyczucia i orientacji.

W końcu docieramy na miejsce. Można otworzyć oczy. Choć było oczywiste, że w między czasie musiało się rozwidnić, to chyba nikogo nie opuściło zaskoczenie porankiem – to tak jakby mrugnąć i przeskoczyć do następnego dnia.

Zaczynamy drugą część magisu – rozpalamy ognisko. Mateusz przygotowuje palenisko, a reszta z nas zbiera opał. Prawie wszystko jest mokre i zmarznięte, lecz całkiem szybko udaje nam się zbudzić płomień. Stajemy razem wokół ognia – każdy miał zabrać ze sobą do jedzenia coś, co bardzo lubi. Teraz wiemy w jakim celu – po to, by podzielić się tym z pozostałymi.

Pamiętam niejedną wspaniałą niedzielę, w której mogłem porządnie wyspać się w ciepłym i wygodnym łóżku, a potem zjeść smaczne śniadanie. Jednak to, które spędziłem wraz z Przyjaciółmi w zasypanym śniegiem lesie, dzieląc się tym co miałem i przyjmując to, co inni zabrali ze sobą, było jedyne w swoim rodzaju. Tego dnia zbliżyłem się bowiem do zrozumienia szczególnej logiki Przyjaźni – im więcej oddajesz, tym więcej zyskujesz, dzieląc się dobrem – mnożysz je, a prawdziwą siłę odkrywasz wtedy, gdy doświadczasz słabości.

F2

Spotkania magis są bardzo różne. Tym razem nie robiliśmy rzeczy z pogranicza przygody i ryzyka, nie testowaliśmy naszej wytrzymałości, ani nie zbliżaliśmy się do granic naszego lęku. Od czasu do czasu każdy potrzebuje jednak lekcji odnajdywania i dostrzegania wielkości w rzeczach małych i prostych. To ważna męska umiejętność, bez której życie szybko traci swój smak.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *