Magis Lwa Judy. Żyj mocno!

 

Okonin

16-17 lutego 2013 r.

005.jak-zmniejszyc-fotke_pl

Wojciech Cejrowski napisał w swojej książce Rio Anaconda, że wyprawa nabiera sensu dopiero z momentem powrotu z niej, kiedy już można podzielić się jej owocami również z innymi. Wtedy staje się opowieścią. A dobra opowieść to taka, która przybliża dalekie ziemie, inaczej żyjących ludzi, obce obyczaje, ciekawe doświadczenia wszystkim tym, którzy chcą słuchać. Taki był sens snutych opowieści przez wędrowców wracających z odległych krain w zamierzchłej przeszłości. Podróżnik taki miał niejako misję wobec swojej społeczności – przybliżać im świat. Zła opowieść to taka, która zamiast tego w centrum stawia opowiadającego, a przez to może nawet oddala słuchających od zgodnego z prawdą wyobrażenia o świecie. To parafraza. Mam nadzieję, że nie zbyt daleko posunięta… To ma być dobra opowieść. Chciałbym opowiedzieć o naszej przygodzie, tak aby osoby, które jeszcze nie miały podobnego doświadczenia nie tyle podziwiały „wyczyn”, co raczej nabrały przekonania, że też mogą podobnie, że może to być również dla nich, jeśli tylko jest w nich podobne pragnienie (nawet jeśli jest kwitowane twierdzeniami w rodzaju: to głupie, nieodpowiedzialne itp.). No to jeszcze jedna parafraza z Cejrowskiego: a było to tak, posłuchajcie…

magis okonin

Jakiś czas temu postanowiliśmy wybrać się naszym zwyczajem na nocną wyprawę do lasu. Tym razem zależało nam, żeby to było zimą. Konkretny plan powstał w głowie Wojtka, bo to on zaproponował temat aktualnego cyklu Lwa Judy i go poprowadził. O godzinie 18:15 w sobotę spotkaliśmy się na dworcu PKS i kupiliśmy bilety do Ciechocina, 27 km od Torunia w stronę Golubia-Dobrzynia. Jeszcze na dworcu żartowaliśmy sobie, że nie jedziemy do Ciechocina, a do Ciechocinka, i nie spać w lesie, a do Spa w lesie. Spa to nie było, ale pewnie dlatego było naprawdę fajnie.

Po ponad półgodzinnej jeździe dotarliśmy na miejsce i po krótkiej modlitwie przy wiejskiej kapliczce udaliśmy się drogą prowadzącą do rzeki Drwęcy, Elgiszewa na jej drugim brzegu i dalej drogą nad jezioro Okonin. Po osiągnięciu jeziora szliśmy wschodnim jego brzegiem a potem odbiliśmy w las. Po niedługim czasie las był już na tyle gęsty, a drzewa stare, że czuliśmy się wystarczająco oddaleni od osiedli ludzkich i wszelkich odgłosów cywilizacji. Wprawdzie wcześniej żartowaliśmy że naszym celem jest odbicie Gierszówki (domu w lesie dawno dawno temu należącego do rodziny Przemka), ale zdecydowaliśmy się rozbić obóz wcześniej, żeby mieć więcej czasu na rozmowy. Tym bardziej, że grunt, który po niedługim cza udało nam się znaleźć był płaski i równy, co jest nie bez znaczenia, gdy śpi się większą gromadą na ziemi a w centralnym miejscu musi znaleźć się ognisko. Dlatego niedługo po wybraniu odpowiedniego miejsca zabraliśmy się do rozpalania ogniska. Podzieliliśmy się tak: większość drużyny poszła rozglądać się za drewnem, ja przyniesione gałęzie łamałem na drobniejsze kawałki, a Michał w tym czasie już rozpalał ogień. Zawsze w takich sytuacjach wspominamy o Jarku, który z obozową robotą radzi sobie chyba najlepiej. Rozpalić tym razem nie było zbyt łatwo, bo drewno było wilgotne. To samo nastręczało nam kłopotów przez całą noc – ognisko nie paliło się zbyt dobrze. Cały czas potrzebowało zachęty, trzeba było często dmuchać, by podtrzymać żar i sprawić, żeby zajmowały się kolejne szczapy chrustu.

025.jak-zmniejszyc-fotke_pl

Gdy ognisko już się paliło nadszedł czas, żeby się trochę rozruszać. Wojtek zaproponował dwie gry sprawnościowe. Tak jak to mamy często w praktyce nasze wyjścia w ramach Lew Judy Magis łączymy z różnymi formami ćwiczeń. Tym razem była to sztafeta z obciążeniem. Trudności dodawał fakt, że słabo było widać podłoże. Pierwsza drużyna dźwigała znaleziony w nieopodal pieniek, a druga dociążony plecak, by waga była mniej więcej taka sama. Bieg kilkadziesiąt metrów z obciążeniem w rękach przed sobą, osiągnięcie półmetka, powrót na linię startu i przekazanie przedmiotu kolejnej osobie. Po tym jak przebiegną wszyscy zmiana przedmiotów i jeszcze raz. To było ćwiczenie w kolejności drugie. Pierwszym były pojedynki jeden na jednego (dobór był losowy) w kole stworzonym przez resztę uczestników. Tym razem polegało to na wypchnięciu przeciwnika z koła. Ustaliliśmy, że niedozwolone jest chwytanie za ubranie i w ten sposób przytrzymywanie. Dość często praktykujemy różne formy pojedynków siłowych. Zazwyczaj walczący mają więcej możliwości wyboru sposobu walki.

Po tym, jak już się rozgrzaliśmy przyszedł czas na posiłek, bo każdy już zdążył nieźle zgłodnieć. Każdy zaopatruje się według własnego uznania, ale wzięliśmy pod uwagę, że to w co się zaopatrujemy musi nam starczyć na „kolację” (dobrze jest się przed snem najeść, żeby organizm miał czym nas grzać) i śniadanie przed wyruszeniem w powrotną drogę nazajutrz. Tak więc jemy przy ognisku i niejako dzięki ognisku, bo każdy jest zaopatrzony w jakieś mięcho. Zresztą można powiedzieć, że ognisko to INSTYTUCJA. Na ognisko każdy z nas zawsze czeka. Nie tylko dlatego, że tym razem, jak przystało na wyprawę zimową, towarzyszył nam mróz (nie był duży, ale w nocy mogło to być -5°C). Ognisko zawsze jest wyczekiwanym elementem każdej wyprawy. To element można by powiedzieć „socjalizacyjny”. Inaczej rozmawia się przy ognisku niż gdy go brakuje. Nie trzeba chyba nawet mówić, że długie rozmowy, to ważny aspekt naszych wypraw… Inaczej się zasypia przy ognisku, przy jego migoczącym świetle i unoszących się w niebo iskrach niż bez niego. Inaczej wreszcie pełni się wartę przy ognisku niż bez niego (bez ogniska zimą w lesie jest jakby niepewnie. Przetestowaliśmy w zeszłym roku).

010.jak-zmniejszyc-fotke_pl

Po rozmowach, w których nie  brakowało naszych kompanów, których tym razem nie mogło być na wyprawie z nami, przyszedł czas na sen. Czasem może nawet bardziej z rozsądku niż chęci i zmęczenia. Każdy z nas wiedział, że przyjdzie jego pora na wartę, więc lepiej będzie położyć się wcześniej i dać sobie szansę (bo różnie z tym bywało) na sen. Tradycyjnie godziny czuwania wyznaczyliśmy w drodze losowania. Było nas siedmiu i właśnie o 7:00 musieliśmy wstawać, żeby zdążyć z posiłkiem rano, zwinięciem obozu i powrotem do Ciechocina na autobus powrotny do Torunia, dlatego pierwsza warta rozpoczynała się o północy. Zwykle z tą pierwszą jest problem. Zawsze panuje jeszcze trochę rozgardiasz, rozmowy kończą się stopniowo, następuje układanie się do snu… A to nie takie proste opatulić się dodatkowo i zmieścić do śpiwora, gdy jest się ubranym w kilka warstw odzieży, a dodatkowo wpasować się na wąski kawałek maty izolujący od podłoża (Mateusz żartował, że wyróżnia się tu karimaty, alumaty, i sz-maty).

Zazwyczaj warty to pora bardzo spokojna, wypełniona ciszą i bardzo dobry czas na modlitwę i kontakt z Bogiem. Dla mnie takim czasem był czas jeszcze przed rozpoczęciem mojej warty. Gdy wiedziałem, że ktoś dogląda ogniska i czuwa. Warty to bardzo dobry czas nauki zaufania do siebie nawzajem. Nasz brat, który nie śpi bierze odpowiedzialność za bezpieczeństwo wszystkich pozostałych. Oni wiedzą, że mogą pozwolić sobie na odpoczynek i sen. Bardzo cenne jest też doświadczenie takiej odpowiedzialności. Tym razem warunki były mało sprzyjające przemyśleniom i modlitwie (przynajmniej w moim przypadku). Ognisko bardzo sobą absorbowało, dorzucać i podsycać ogień trzeba było cały czas, żeby ten, który wstanie po nas nie miał trudniejszego zadania przez zaniedbanie. Coś jakby połączyć rolę Westalki i Syzyfa.

021.jak-zmniejszyc-fotke_pl

Noc minęła. Niektórzy się wyspali, inni nie bardzo. Najcieplej nie było… Dlatego nikt specjalnie nie ociągał się ze wstawaniem. Poranne rozmowy przy składaniu obozy i śniadaniu też mają coś w sobie. Jest ta nutka zadowolenia z osiągnięcia zamierzonego celu, którym w tym wypadku była noc w lesie zimą. Na pewno nie jest to ostatnie takie doświadczenie. Zasmakowaliśmy w tego typu wyzwaniach. Poznaliśmy, że nie jest to tak naprawdę trudne, a bardzo wzbogaca doświadczenie i pomaga w naszym wzrastaniu w męskości. Jak zawsze w przekraczaniu tej bariery najtrudniejsze jest to, żeby po prostu spróbować, ruszyć się i chociaż czasem wyjść poza ramy wygodnego życia, do którego jesteśmy przyzwyczajeni być może za bardzo.

036.jak-zmniejszyc-fotke_pl

Powrót do Torunia to już chodzenie po własnych śladach, tyle że za dnia. Znowu wzdłuż zalesionego brzegu jeziora, gdzie poprzedniego wieczoru sprawdzaliśmy jak w Okoninie „działa echo”, dalej drogą do Elgiszewa i Ciechocina. Stamtąd autobus zawiózł nas z powrotem do miasta. Myślę, że gdzieś tam w środku każdy z nas wygląda następnej okazji, by się ruszyć i pożyć mocniej.

Ł. K.

2 myśli nt. „Magis Lwa Judy. Żyj mocno!”

  1. To fakt, spędzić noc w lesie jest to wyzwanie dla każdego! Często słyszę: „eee to nie dla mnie, ja się nie nadaję” i jestem zdziwiony czy jestem może cyborgiem, czy co? czy to co robimy przekracza jakieś naturalne ramy, kurde, mężczyźni do boju! Też lubię ciepły domek i łóżko z żoną przy boku. Ale nie o to idzie. To namiastka odwagi, pełniejszego życia.
    Nie dysponuję super sprzętem. Śpiwór mam słaby bo jego optimum jest przy +15st a nie -5st. Normalne ubrania, dwie pary kaleson + spodnie i jeszcze kilka innych warstw na górę, dodatkowo koc i da się żyć, jest fajnie:) satysfakcja.
    Przez doświadczanie trudności w taki sposób łatwiej zmierzyć się z trudnościami w życiu codziennym, które często jest o stawia jeszcze większe wyzwania.
    ps. a kiełbasa z ogniska to rarytas jakich mało!

  2. „Ziemia uczy nas więcej o nas samych niż można wyczytać z wszystkich książek. To dlatego, że stawia nam opór, nie poddaje się. Człowiek zmagając się z przeszkodą obnaża swoje ja i poznaje samego siebie”

    Antoine de Saint-Exupéry

    Po każdej z tych wypraw coś konkretnego, dobrego i mocnego we mnie zostaje i rośnie. Już czekam na następne, a serce tęskni do kolejnej pielgrzymki:-)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *