Do Józefa po raz drugi – pielgrzymka Lwa Judy 2013

 

Czekaliśmy długo na ten dzień,
wytrwale przygotowując nasze dusze i ciała.
Niecierpliwie wyglądaliśmy godziny,
aż w końcu nadeszła odpowiednia pora
do wyruszenia w drogę…

Pielgrzym 1

Skład:

Michał Przewoźny – kapitan/pierwsza pomoc

Jacek Blumensztajn – obozownik

Piotr Faltynowski – obozownik

Łukasz Komorowski – przewodnik

Piotr Konrad – obozownik

Wojtek Kujawa – pierwsza  pomoc

Mateusz Maciejewski – przewodnik

Marek Pawlak – przewodnik

Zbyszek Wiśniewski – pierwsza pomoc

Poniedziałek 1 lipca 2013 – Dzień pierwszy

Słabo spałem. Szkoda, bo to miała być ostatnia noc w normalnym łóżku przez najbliższy tydzień. Emocje okazały się jednak silniejsze. Dużo myślałem o tej drodze, o tym co nas w niej czeka, jakim człowiekiem okażę się w tym roku, co w sobie odnajdę. Dobrze, że to już ranek. Siadam i słyszę jak Michał krząta się po mieszkaniu – pora wstawać. Plecaki są już właściwie spakowane, więc po sprawnym śniadaniu wychodzimy. O 7:00 spotkamy się wszyscy na Mszy.

Tego dnia w liturgii słowa Jezus powiedział: „Pójdź za Mną”. Czy trzeba czegoś więcej? Po Eucharystii zebraliśmy się jeszcze na wspólną modlitwę pod figurą św. Józefa, zrobiliśmy sobie krótką rozgrzewkę i wspólną fotografię, a potem… po prostu poszliśmy za Tym, Który nas zawołał.

Szare chmury zasnuły całe niebo, lecz pogoda zdawała się być całkiem stabilna. Rześkie powietrze pomagało utrzymać energiczne tempo marszu, więc szybko zdobywaliśmy kolejne kilometry. Poza tym pierwszego dnia każdy z nas miał spory zapas sił i nikomu nie doskwierały żadne kontuzje. To dobrze, bo akurat na dziś przewodnicy przewidzieli najdłuższy odcinek drogi, ok. 37 km.

Nie zawsze jednak udaje się sztywno trzymać założonego planu. My musieliśmy skorygować naszą trasę prawie na samym początku. Tuż za granicą Torunia zamierzaliśmy podążyć najkrótszą drogą na południe wiodącą przez lasy poligonowe. Kiedy mieliśmy się już w nie zanurzyć zaczęły mijać nas ciężarówki pełne żołnierzy, a z oddali poniósł się nad drzewami odgłos wystrzałów. Dziś wojsko strzela na poligonie – szlak zamknięty. Chłopaki pochylają się nad mapą, by znaleźć jakieś dobre obejście tego miejsca. Jeśli mamy dojść do wyznaczonego celu nie możemy zbyt wiele nadłożyć. Po niedługiej przerwie podejmują decyzję – pójdziemy wzdłuż torów kolejowych.

I wędrowaliśmy, najpierw stawiając niepewne kroki po podkładach i tłuczniu, potem przemierzając lasy i wsie, aż w końcu wieczorem dotarliśmy do pierwszego noclegu – sporego lasu między Toruniem a Kruszwicą. Udało nam się znaleźć prawie doskonałe miejsce na nocleg – prawie, bo przez bliskość drogi obawialiśmy się czy ktoś nas tam nie znajdzie. Zostaliśmy jednak, a wkrótce pomiędzy drzewami stanęły tarpy i radośnie zabłysnął płomień ogniska. Przygotowanie do noclegu poszło bardzo sprawnie, więc do ciszy nocnej mieliśmy dość czasu na rozciąganie zmęczonych mięśni, modlitwę, braterskie rozmowy i kiełbasę z ognia…

Bzzz… Oczywiście zostały jeszcze komary. Pouczeni zeszłoroczną nocą z komarami przygotowaliśmy na nie wiele sposobów – spreje, olejki, moskitiery, wykorzystaliśmy rosnącą w pobliżu czeremchę. Tym razem jakoś poszło i nie powtórzyła się historia za Straszewa.

Moja warta. Chmury opuściły niebo. Gwiazdy, szum drzew, cichy trzask gałązek w ognisku i zmęczone oddechy kolegów. Obóz pielgrzymów odpoczywa po pierwszym dniu wędrówki.

Wtorek 2 lipca 2013 – Dzień drugi

Chłód poranka zaczął wkradać się do śpiwora – nieodłączny smaczek noclegów pod chmurą. Wiercę się w półśnie, próbując zasnąć na siłę, ale jest zbyt zimno, żeby dobrze zasnąć. Może lepiej wstać? Tylko, że na zewnątrz jest jeszcze zimniej, a poza tym za wcześnie. Przez jakiś czas łamię się ze sobą w tak śmiesznie drobnej sprawie. Rano drobiazgi urastają do rangi życiowych decyzji. Jednak wstaję. Rozgrzewam się przy skromnie podtrzymywanym ognisku, a potem zaczynam ubierać się i pakować. Powoli cały obóz budzi się, siada, ubiera, pakuje, je śniadanie.

Zgodnie z planem zaczynamy od wspólnej rozgrzewki – po wczorajszym wysiłku nogi z bólem przypominają o swojej ciężkiej pracy. Następnie modlimy się razem i czytamy fragment Credo z pytaniami przygotowanymi do rozważań na dziś.

Dzień przywitał nas słońcem i błękitnym niebem, zapowiadając upał w południe. Wyruszyliśmy przemierzając najpierw las poprzecinany stróżkami światła, a potem pola zbóż skąpane w blasku dnia. Szliśmy tak przez wioski i drobne miasteczka, aż w końcu przecięliśmy Kruszwicę z Mysią Wieżą, podążając dalej na południe wzdłuż lewego brzegu Gopła.

Maszerujemy szybko. Popołudniu dzień robi się nieznośnie gorący. Czuję jak z każdym kolejnym kilometrem ubywa mi sił. Ciekawe jak trzymają się pozostali? Czekam godziny 15:00, gdy zatrzymamy się, żeby odmówić Koronkę. Krótki odpoczynek i lekki posiłek przywracają siły.

Pielgrzym 2

Jesteśmy coraz bliżej miejsca wybranego na dzisiejszy postój. Jeszcze tylko drobne zakupy w jakimś sklepiku, upragniona kąpiel w jeziorze i będziemy rozstawiać obóz. Kolor nieba spędza nam jednak z myśli te optymistyczne obrazy. Ku nam ciągną ciemne, nabrzmiałe deszczem, burzowe chmury, a z oddali daje się słyszeć groźny pomruk grzmotów. Ulewa wisi w powietrzu, więc postanawiamy przeczekać ją w napotkanym akurat sklepie.

Burza mija nas bokiem, lecz nie szczędzi deszczu. Nasze tymczasowe schronienie czynne jest tylko do 17:00, ale uprzejma sklepikarka pozwala nam zostać dłużej. Opowiada o okolicy, podpowiada drogi na skróty. Nie możemy jednak zostać tu zbyt długo. Pada. Raz mocniej, raz słabiej. Pada ciągle. Trudno, ubieramy deszczaki i idziemy dalej.

Znoszenie zacinającego z różnych stron deszczu uczy cierpliwości, pewnej obojętności i kto wie, może nawet pokory. Oczywiście, że nikt nie chce być mokry i lepiej chodzić w suchych ubraniach. Z drugiej strony jednak nie można wiecznie się chować. Powoli przemakają buty, nogawki, część ubrań, robi się zimno i nieprzyjemnie, a gdzieś w środku rośnie ochota, żeby ponarzekać. Właśnie wtedy, gdy pomimo tego idziemy po prostu dalej przed siebie, hartuje się w nas coś twardego i męskiego. I choć zwykły deszcz wydaje się być mało ekstremalnym doświadczeniem, to w zupełności wystarczy, gdy w dalszej perspektywie nie ma noclegu pod ciepłym dachem i łazienki z prysznicem.

Niebo się przejaśnia. Zatrzymujemy się w Kościeszkach pod sklepowym parasolem, żeby naradzić się co dalej. Burza niewątpliwie pokrzyżowała nasze plany. Prawie nikt nie ma już ochoty na kąpiel w jeziorze, tym bardziej, że musielibyśmy dołożyć kilka dodatkowych kilometrów, a brzeg jest podobno mulisty i zarośnięty – nie ma kąpieliska. A nocleg? Ciemne chmury nadal wiszą w powietrzu, na pewno będzie jeszcze padać. Nie zmieścimy się wszyscy pod tarpami, a więc noc szykuje się kiepska i mokra. Może spróbujemy pod jakąś wiatą lub przystankiem? Tylko gdzie znaleźć przystanek na 9 osób. Ostatecznie decydujemy pomodlić się o dobry nocleg i po prostu iść dalej. Ściągamy czapki przy najbliższej kapliczce i w modlitwie prosimy o odpowiednie miejsce dla nas.

Nie uszliśmy daleko, gdy na horyzoncie dostrzegłem wieżę kolejową. „Chłopaki, czy tu jest jakiś dworzec?”. „Jest, podobno opuszczony”. Noc w opuszczonym dworcu i tak brzmi całkiem nieźle. Według Mateusza i Łukasza do stacji mamy jakieś dwa kilometry. Idziemy.

Gdy jesteśmy niemal na miejscu mieszkańcy mówią nam, że dworzec jest przeznaczony do rozbiórki, a wejścia na wszelki wypadek zamurowano. Za to posyłają nas kawałek dalej, podobno niedaleko jest opuszczone domostwo.

Rudera, też nie nadaje się na nocleg. Podłoga zapełniona szkłem i gruzem, częściowo zarwany dach ugina się niebezpiecznie, w powietrzu unosi się zapach stęchlizny. Zgodnie wybieramy nocleg w lesie, choćby nawet miało padać.

Ostatni kawałek trasy pokonywałem z trudem. Widać na dziś przypadł mój pielgrzymkowy kryzys. Czułem jak w mokrych butach rodzą się pęcherze.  Z nogi na nogę szedłem wolno za resztą grupy obserwując nadal odległą ścianę lasu. Beznadziejna perspektywa… Wtem niespodziewanie zdarzył się cud. Chłopaki przede mną zatrzymali się. Po prawej stronie drogi znajdował się zaniedbany budynek gospodarczy po starym PGR. Uważnie zbadaliśmy okolicę. Nie było zupełnie nikogo, drzwi częściowo połamane, bramy otwarte. Nasze znalezisko okazało się zaś stodołą pełną starej, suchej słomy. Znów zaczęło padać. Weszliśmy do środka.

Lepszego miejsca na nocleg nie mogliśmy sobie wymarzyć. Humory dopisują. Wierzymy, że to prezent od Pana i od św. Józefa, patrona pielgrzymki. Suszymy ubrania, myjemy się i czujnie obserwujemy każde przejeżdżające auto – może to gospodarstwo jednak ma jakiegoś właściciela? Nikt się jednak nie zatrzymuje.

Pielgrzym 4

Dzień kończymy wspólną modlitwą w miejscu, które być może nigdy dotąd nie słyszało modlitwy. Sen szybko spływa na oczy. Zasypiamy twardo i tylko wartownicy czuwają nad spokojem braci.

Środa 3 lipca 2013 – Dzień trzeci

Pobudka. Otwieram oczy i sam niedowierzam temu gdzie jestem. Ach, jasne, już pamiętam – słoma, stodoła, opuszczony PGR. Poranek jest cieplejszy niż w lesie, a i noc przyniosła o wiele więcej odpoczynku zmęczonemu ciału. Wstaję i czuję, że wczorajszy kryzys to już historia.

Po rozgrzewce i modlitwie wychodzimy z gospodarstwa. Nim jednak mijamy bramę napotykamy na dwóch robotników zmierzających do pracy. A więc jednak nasz PGR nadal był czynny. Widząc ich zdziwione spojrzenia decydujemy się przedstawić, wytłumaczyć kim jesteśmy oraz powiedzieć, że tej nocy spaliśmy w stodole, bo wydawała nam się opuszczona. Zdziwienie co prawda nie opuściło twarzy mężczyzn, ale nie mają nic przeciwko naszemu postępkowi. Żartują, że mogliśmy spać w kurnikach, bo tam jest cieplej.

Nasze wędrowanie tego dnia bardzo przypominało dzień wczorajszy. Szliśmy dość żwawo, a najtrudniejszy odcinek pokonywaliśmy w południowym skwarze, gdy idąc wzdłuż ruchliwej drogi krajowej przekraczaliśmy granicę Kujaw i Wielkopolski.

„A kim jesteście chłopaki?”-zawołał mężczyzna jadący rowerem po drugiej stronie drogi. „Pielgrzymi, tak? To idę z wami, odprowadzę was kawałek. Bo w gromadzie to zawsze weselej, co nie?”. Zsiadł ze swego wehikułu, przepuścił parę ciężarówek, żeby spokojnie przejść na naszą stronę i na jakiś czas przyłączył się do nas. Opowiadał trochę o sobie, trochę o okolicy, trochę wypytywał o nas, a nam przyjemniej i szybciej upływała droga.

Trasa zaplanowana na dziś jest krótsza niż wczoraj i przedwczoraj, dlatego pozwalamy sobie na częstsze, choć niedługie przerwy w marszu. Ściągamy buty, suszymy i rozmasowujemy stopy. Asfalt parzy. Dobrze, że przewodnicy wyznaczyli dziś nocleg nad Jeziorem Ślesińskim, perspektywa kąpieli podoba się każdemu.

Jest około godz. 16:00 gdy docieramy nad brzeg jeziora. Powietrze nadal bardzo ciepłe, ale duszne i na niebie zaczynają kłębić się coraz ciemniejsze chmury. Wskakujemy do wody – jest dość ciepła, czysta i co najważniejsze daje niesamowitą ochłodę i wytchnienie spracowanym mięśniom. Teren dookoła jest właściwie w całości zagospodarowany przez ośrodki wypoczynkowe, pola namiotowe itp. Po raz kolejny trzeba będzie uporać się z kwestią noclegu, a chmury i burzowe pomruki podpowiadają, że czasu zostało niewiele. Modląc się w duchu o dobry nocleg idę rozejrzeć się i rozpytać o możliwości jakie mamy w okolicy.

Pierwsze krople deszczu opadały właśnie na ziemię, podczas gdy my z zebranym pospiesznie bagażem szliśmy schować się na terenie jednego z ośrodków. Postanowiliśmy przeczekać największy deszcz i naradzić się co zrobimy dalej. Dyskusja nie była łatwa. Część z nas chciała zostać na terenie ośrodka, część wolała biwakować w lesie, a w międzyczasie pojawiła się jeszcze możliwość przenocowania nad brzegiem jeziora w hangarze na łodzie, który uprzejmie zechciał nam udostępnić właściciel wypożyczalni różnorakiego sprzętu pływającego. Ostatecznie, po burzliwej wymianie myśli wybraliśmy las, aby utrzymać szczególny charakter pielgrzymki.

Wraz z Faltynem i Piotrkiem krążymy po lesie od dobrego kwadransa. Reszta grupy cierpliwie czeka, aż obozownicy wybiorą miejsce na nocleg. Tylko, że to nie taka łatwa sprawa, bo właściwie rzecz biorąc to kręcimy się po lasku otoczonym z każdej strony przez ośrodki wypoczynkowe, poprzecinanym różnymi dróżkami, chodnikami, a na dodatek porządnie zaśmieconym. Nie sposób znaleźć na tyle osłonięte miejsce, aby dziewięciu mężczyzn mogło tu przekoczować zupełnie niezauważonymi. Ściemnia się. Czas na decyzję.

Wieczorne niebo przeglądało się w tafli jeziora, na brzegu trzaskał ogień rozpalony z mokrych szczapek, część z nas pływała w spokojnej wodzie, część opiekała kiełbaski na kolację, niektórzy po prostu patrzyli w niebo. Po zmroku zebraliśmy się w ciepłym kręgu ogniska na wspólną modlitwę i długie rozmowy… Spaliśmy w hangarze na łodzie.

Pielgrzym 3

Czwartek 4 lipca 2013 – Dzień czwarty

Noc w hangarze ogólnie była dobra, choć nie każdy wyspał się na betonowej posadzce. Miękki leśny mech jest o wiele lepszym posłaniem. Za to poranek nad jeziorem nie miał sobie równych. Wyglądając zza horyzontu Słońce okryło migotliwym złotem powierzchnię wody, w rześkim powietrzu rozpływała się cisza budzącego się właśnie świata, a my krzątaliśmy się niespiesznie wokół naszych plecaków i codziennych rannych rytuałów. Zanurzeni w błogim spokoju tych chwil zupełnie nie spodziewaliśmy się tego, co miało nas dzisiaj spotkać…

Na początku kierujemy się spod Ślesina w stronę Lichenia. Czasem idziemy drogami, czasem z nich schodzimy i na przełaj zmierzamy do widocznej z daleka bazyliki. Dobre mamy tempo i Licheń osiągamy jeszcze przed południem. Na miejscu od razu spotykamy jednego z oo. Marianów, który proponuje nam wpis w księdze pielgrzymów. Zaczynamy żartować, że w ramach jednej pielgrzymki robimy dwie – jedną właśnie skończyliśmy.

Ogrody sanktuarium – zadbane, kwitnące, czyste i skryte w chłodnym cieniu drzew oraz wysokich marmurowych ścian były dla nas jak oaza w pustyni wielogodzinnego wysiłku. Choć tego nie planowaliśmy zdążyliśmy akurat na mszę. W monumentalnym wnętrzu bazyliki wyglądaliśmy dość egzotycznie ubrani w nieco zużyte codziennym marszem stroje. Jak postaci z przygodowej opowieści przyszyte na siłę do zwykłego niedzielnego popołudnia, kiwaliśmy sennymi głowami przez całe kazanie. W Licheniu znaleźliśmy wytchnienie.

Pielgrzym 5

W dalszą drogę wyruszamy zaraz po uzupełnieniu zapasów. Słońce w zenicie, zalewa ziemię południowym żarem. Bardzo gorąco, a my niemal bez przystanku idziemy z Lichenia do Konina. Idziemy szybko. O wędrówkach i przygodach zwykle fajnie się opowiada, jednak kiedy się je przeżywa cały rozmach wydarzeń ginie przyćmiony rzeczami tak prozaicznymi jak: pot szczypiący w oczy, zmęczenie upałem, bolące nogi lub gryzące wściekle komary. Komary… Teraz już wiemy czemu Marek tak przyspieszył, gdy wszedł do lasu.

Konin. Godzina? Chyba nieco po 16:00. Nie mam ochoty sprawdzać. Siedzimy pod „Sklepem Polskim”, prawie w samym środku miasta. Krew boleśnie pulsuje w spuchniętych od wysiłku nogach. Faltyn zasnął obok na karimacie, chłopki skrobią niezbędnikami po puszkach i pudełeczkach. Przechodzący ludzie dziwnie się patrzą, ale nam jest wszystko jedno. Oczywiście zainteresowała się nami Policja, na szczęście wystarczyło im zapewnienie, że niedługo sobie stąd pójdziemy. Do zrobienia na dziś jeszcze parę długich kilometrów, może 10, może trochę mniej. Ale na razie liczy się tylko odpoczynek.

A jednak czarne chmury zmierzały w naszą stronę. Dobrze zrobiliśmy kończąc przerwę nim zerwał się silny wiatr. Udało nam się przekroczyć Wartę przed burzą. Kiedy z nieba zaczęły spływać grube strugi deszczu byliśmy akurat przy dworcu PKS i tam postanowiliśmy zarzucić kotwicę dopóki ulewa nie przejdzie. Ku naszemu zdziwieniu wewnątrz doświadczyliśmy wyjątkowego zainteresowania i gościnności ze strony pracującego tam człowieka. Dostaliśmy ciepłą herbatę, posłuchaliśmy opowieści o jego działalności, o mieście, zrobiliśmy sobie wspólne zdjęcia. Chyba nikt z nas nie miał wątpliwości, że to szczególnie interesująca postać.

Czas ucieka, a deszcz nadal pada. Dyskutujemy o tym co dalej, gdzie będziemy nocować. Perspektywy są raczej marne, przed nami teren zurbanizowany, później autostrada. Żeby wyrobić zaplanowany kilometraż nie potrzeba już wiele, tylko gdzie się zatrzymać? Pomysłów jest kilka, ale żaden nie jest w pełni dobry. Ostatecznie wybieramy najmniej pewną opcję – iść tak długo jak się da, a potem… zobaczymy.

Przed dużym krzyżem napotkanym przy drodze modlimy się o dobry nocleg. Początkowo pada niewiele, może lekka mżawka. Dopiero gdy przekraczamy wyznaczony na dziś dystans powraca równomierny deszcz, z gatunku tych, które lubią trwać długo. Deszczaki mamy już przygotowane, więc przebieramy się szybko. Znowu robi się nieprzyjemnie mokro. Przejeżdżające samochody chlapią wodą, a my idziemy przed siebie nie wiadomo właściwie dokąd. Ktoś zarzuca melodię, łączą się z nim inne głosy i po chwili spontanicznie zaczynamy śpiewać na cześć Pana, z tej pieśni natomiast spływa ogromna moc. Trudna do opisania siła udziela się każdemu i jak jeden mąż maszerujemy dalej równym krokiem mimo fizycznego wyczerpania. Czuję się tak, jakby dystans nie miał już żadnego znaczenia, czuję wokół siebie prawdziwą potęgę Lwa Judy.

Zapadał już późny letni zmierzch, gdy przechodziliśmy przez autostradę. Zrobiliśmy spory zapas kilometrów, ale nie znaleźliśmy miejsca na nocleg. Nie zanosiło się też na to, że będzie lepiej. Wokół A2 rozciągały się tylko rozległe pustkowia, a na horyzoncie kłębiły się ciemniejsze od reszty nieba chmury, odległymi błyskami zapowiadające kolejną burzę. Zostało nam niewiele czasu i równie mało sił. Kilka firm miało w pobliżu duże hale, ale zagadywani przez nas ochroniarze nie chcieli nas wpuścić. Taka praca. Na noc nie udało się też przystanąć przy pobliskiej stacji benzynowej. Napotkaliśmy jednak miejsce, które mogłoby okazać się dla nas ratunkiem, ale nie każdy chciał skorzystać z tego rozwiązania.

Blok wygląda na zupełnie opuszczony. Typowy wytwór architektury najlepszych czasów Gierka. Ściany z wielkiej betonowej płyty, wybite okna, cicho, ciemno. Obchodzimy go dookoła, potem sprawdzamy pokój po pokoju od piwnicy po najwyższe piętro, żeby upewnić się, że nikogo nie ma w środku. Budowli najwyraźniej nigdy nie dokończono, jest całkiem pusta, stan surowy. Sucho i całkiem ciepło, na podłodze tylko miejscami trochę drobnego gruzu i szkła. Ściany w większości gołe, tylko na ostatnim piętrze, no właśnie… Niepokojące te obrazki: oczy, trudne do odczytania napisy, rysunki małych dzieci-embrionów zrobione z szablonów, a jedna ściana od góry do dołu zapaćkana czymś czarnym. Źle to działa na psychikę. Staramy się jednak zachować zimną krew i zdrowy rozsądek. Wymieniamy argumenty i obawy, ale właściwie i tak nie mamy zbyt dużego wyboru. Zostajemy.

Pielgrzym 6

Wybraliśmy pokój na tyle duży, żebyśmy pomieścili się w nim wszyscy. Jeśli nie myślało się zbyt dużo o całej reszcie tego ponurego miejsca, to było całkiem znośnie. Zapaliliśmy latarki i jedną małą świecę, rozłożyliśmy karimaty, rozciągnęliśmy sznurek na mokre rzeczy. Pomodliliśmy się w skupieniu, a potem, gdy położyłem głowę na zwiniętym tobołku zmęczenie przezwyciężyło wszystkie obawy. Zasnąłem snem tak twardym jakbym leżał we własnym łóżku.

Piątek 5 lipca 2013 – Dzień piąty

Co do tego żaden z nas nie miał wątpliwości – to było najdziwniejsze miejsce w jakim kiedykolwiek zdarzyło nam się nocować. Choć w świetle dnia blok wyglądał raczej smętnie niż groźnie to i tak idealnie wpasowywał się do scenariusza klasycznego horroru. Zapewnił nam jednak spokojną noc. Przygotowując plecak do wyjścia zastanawiałem się, czy w dalszej drodze jeszcze za nim nie zatęsknimy. W końcu, jakby na to nie patrzeć, w pewnym sensie spadł nam z nieba, inaczej czekałaby nas bowiem trudna noc. Chłopaki żartowali, że strach pomyśleć co jeszcze może nas spotkać, bo każdego dnia nocujemy w coraz oryginalniejszym miejscu.

Jesteśmy już niemal gotowi do wymarszu, gdy Łukasz prosi o trochę czasu. Złapał kleszcza i chce go wyjąć. No to się zaczęło. Po chwili wszyscy szudramy się, żeby sprawdzić czy nie mamy jakiegoś niechcianego pasażera. Piotrek też ma jednego. Atmosfera gęstnieje, choć z boku musimy pewnie wyglądać przekomicznie. Bilans ofiar nie wypada źle, pozostali chyba już nic nie mają. Możemy wyruszać.

Początkowo maszerowaliśmy cierpliwie. Nie tak prędko jak do tej pory, ale wytrwale. Najpierw kierowaliśmy się w stronę Tuliszkowa, a potem mało uczęszczanymi drogami wprost na Kalisz. Poprzedniego dnia nadrobiliśmy sporo kilometrów, przewodnicy oszacowali, że na dziś zostało jakieś 19, nie więcej. Liczby potrafią podnosić na duchu, zwłaszcza takie, które obiecują niższy wysiłek niż się człowiek spodziewa.

Gdy Słońce podnosiło się coraz wyżej, pozwalaliśmy sobie na dłuższe postoje. Nie musieliśmy się spieszyć. Zresztą krótkie przerwy były już bez sensu. Znaleźliśmy się bowiem na tym etapie, na którym można iść długo, jeśli się idzie, ale po zatrzymaniu się trzeba od nowa z bólem przełamywać się do pójścia dalej. Ponad godzinę zabawiliśmy przy kapliczce ukrytej w cieniu starych drzew, gdzie mieszkająca w pobliżu kobieta podarowała nam trochę chłodnej wody z węża. Potem zatrzymaliśmy się przy drodze w pewnej wsi, a tam młoda, uprzejma gospodyni poczęstowała nas herbatą. Napotykani ludzie okazywali nam wiele serca. My ze swej strony obiecywaliśmy im modlitwę, niektórym podarowaliśmy różańce, każdego nieśliśmy w sercu i pamięci do Kalisza.

Las jest już coraz bliżej. To tutaj mamy zanocować. Z daleka wygląda nieźle, ale po przekroczeniu granicy drzew robi się mniej zachęcający. Rozglądam się uważnie, żeby znaleźć dobre miejsce na obóz. Kiepsko jest. Mateusz i Łukasz prowadzą nas dalej krętymi duktami, szukają skrótów w zielonym labiryncie. Idziemy za nimi w ciemno, w ciągu ostatnich dni udowodnili, że w sprawie drogi można im w pełni zaufać.

Komary tną jak oszalałe. Pomiędzy drzewami ciągną się długie rowy ze stojącą wodą, a z ciemnej bagnistej ziemi wyrastają ogromne paprocie i sięgające powyżej pasa trawy. Nie zatrzymujemy się, tylko co jakiś czas, w marszu brosujemy powietrze wokół. Niewiele to pomaga. Tu nie ma pojedynczych komarów – siadają na nas całymi chmurami. I jak tu gdzieś zanocować? Proponuję modlitwę o dobry nocleg. Michał mówi, żebym ją poprowadził. Idziemy dalej, ale z większą nadzieją.

Pielgrzym 7

Ku naszej radości, teren po pewnym czasie zaczął się podnosić i osuszać. Komarów też było nieco mniej. Jedno miejsce prawie nadawało się na obóz, ale zbyt blisko stała myśliwska ambona. Zmęczeni i niezdecydowani usiedliśmy na skrzyżowaniu leśnych ścieżek. Chyba zaczynaliśmy godzić się z myślą, że tym razem czeka nas cięższa noc. Nie trwało to jednak zbyt długo…

„Słyszycie?”.Chyba jedzie w naszą stronę”. „Ciekawe czy to leśniczy, czy ktoś inny”. W chwilę później zatrzymuje się przy nas traktor, a jadący nim mężczyzna pyta kim jesteśmy. Wyjaśniamy i pytamy, czy w tym lesie można rozbić obóz. „Chcecie tu spać? Komary was zjedzą!”. Właściwie to zbytnio nie mamy wyjścia. Zbyszek opowiada trochę więcej o naszym sposobie wędrowania i dotychczasowych noclegach. Nieznajomy przygląda nam się przez chwilę uważnie, a po chwili proponuje nocleg w swoim gospodarstwie. Kawałek ziemi poza lasem lub stodoła są dla nas idealnym rozwiązaniem. Powstajemy i idziemy według wskazówek gospodarza. W drodze dziękujemy Panu, nasza modlitwa znów została wysłuchana.

Nie przyjęliśmy propozycji nocowania w domu. Jeśli już pod dachem to woleliśmy pomieszczenia gospodarcze. Uprzejmi właściciele wprowadzili nas do wyprzątniętej komory na poddaszu jednego z budynków, ugościli świeżym zimnym mlekiem i serem, zabawili rozmową do późna. Taka gościnność daleko przekroczyła nasze oczekiwania.

Sobota 6 lipca 2013 – Dzień szósty

Poranek zastał nas wypoczętych. Ta noc była bardzo regenerująca. Po śniadaniu zebraliśmy się wszyscy, by wspólną modlitwą otoczyć naszych gospodarzy i rozświetlić czekającą nas drogę. Później zarzuciliśmy na plecy nasze pakunki i poszliśmy dalej. Córka gospodyni i dwóch chłopaków z sąsiedztwa odprowadziło nas kawałek za wieś.

Znów kluczymy po lesie pełnym komarów. Zabawne, potrafimy przyzwyczaić się do różnych niewygód, a nawet bolesnych kontuzji, ale nigdy nie do komarów. One zawsze są tak samo nieznośne. Podobnie jak wczoraj przedzieramy się przez gęste zarośla, czasem zbaczamy z duktu i idziemy na azymut pomiędzy drzewami. Ból w nodze powoli robi się coraz bardziej uciążliwy. Na szczęście Wojtek ma takie poczucie humoru, że o nim zapominam i idę dalej. Tylko po postoju muszę się przez dłuższą chwilę rozpędzać. Postoje odkrywają zresztą kontuzje całej drużyny: pęcherze, bóle kolan, mięśni, stłuczenia itd. Za to duchem jesteśmy coraz silniejsi – cel naszej wyprawy jest już blisko.

Marsz upływał nam spokojnie. Przy pierwszym napotkanym drogowskazie na Kalisz zrobiliśmy sobie zdjęcie. Zostało 20 km, wkrótce później było już 16. Tak blisko. Zaczęliśmy się zastanawiać czy warto zatrzymywać się przed miastem na noc. Mieliśmy wielką ochotę wejść do Kalisza już tego dnia, przecież dalibyśmy radę. Tylko gdzie przeczekać noc? Po południu wymienialiśmy pomysły wylegując się w cieniu drzew jednego z niedużych miasteczek napotkanych po drodze.

Pielgrzym 8

„A może u Jezuitów? W Kaliszu mają dom rekolekcyjny. Myślicie, że znalazłby się tam dla nas kawałek podłogi?”. Pomysł się podoba. Michał spróbuje skontaktować się z superiorem. Ciekawe co z tego wyjdzie. Tymczasem, trzeba iść jeśli mamy dotrzeć do celu już dziś.

Granica miasta wynurzała się zza horyzontu. Uczucie zmęczenia mieszało się w sercach z radosnym podnieceniem końca drogi. Gdy weszliśmy na ostatnią prostą Michał odebrał potwierdzenie, że możemy udać się na noc do Jezuitów. Droga przez przedmieścia trwała dość długo, bolały nogi i ciążyły plecaki. Wiem, że tak było, ale właściwie tego nie pamiętam. Tak bardzo byliśmy szczęśliwi.

Jest. Jest sanktuarium św. Józefa! Choć idzie mi się ciężko, to w tej chwili czuję, że mógłbym pobiec. O tej porze już zamknięte. Klękamy w skupieniu przed drzwiami na chwilę modlitwy. Później kierujemy się na spoczynek do Jezuitów. Po drodze dołącza do nas Przemek. Nie mógł w tym roku iść z nami, ale przyjechał towarzyszyć nam na samym końcu. Brakowało go. Fajnie, że dotarł.

Trudno wyrazić ile znaczyła dla nas ta noc na terenie domu rekolekcyjnego. Zostaliśmy przyjęci mimo tego, iż trwały właśnie rekolekcje w milczeniu. Przydzielono nam budynek stojący w pewnym oddaleniu od pozostałych, a my obiecaliśmy nie naruszać panującej wokół atmosfery ciszy. Drewniana podłoga w dużej sali była jak łóżko w pałacu, a zimny prysznic jak królewska kąpiel.

Udało nam się przejść całą drogę. Wszystkim. Przed snem rozmawialiśmy długo o tym czego doświadczyliśmy na szlaku w tym roku. Przyjacielskie podsumowanie, przed ostatnią pielgrzymią nocą.

Niedziela 7 lipca 2013 – Dzień siódmy, ostatni

Pakujemy się po raz ostatni. Zaraz wyjdziemy na mszę kończącą pielgrzymkę. Nastrój radości i wzruszenia, może trochę niedowierzania, że to już. Tyle przygód za nami, a teraz finał opowieści tak blisko. Ech, plecak dopięty, można iść.

Szliśmy do sanktuarium ze śpiewem na ustach. W duszy czułem, że ta chwila to dla nas prawdziwe święto. Z różnych stron schodzili się chłopaki z innych grup naszej pielgrzymki. Przez jakiś czas staliśmy przed wejściem, witaliśmy kolejne ekipy i rozmawialiśmy o tym, co spotkało nas w drodze. W końcu jednak nadszedł czas na najważniejszy moment wyprawy – wspólną Eucharystię, zjednoczenie serc wokół Tego, który jest prawdziwym Lwem z pokolenia Judy.

Po nabożeństwie zebraliśmy się na wspólną modlitwę z zawierzeniem w kaplicy św. Józefa. Był czas na pamiątkową fotografię, a po wyjściu z kościoła…

Pielgrzym 9

„Panowie, na cześć św. Józefa 10 pompek!”. „Co?”. „Z plecakami! Raz, dwa, trzy…”.

Nadszedł czas pożegnań. Teraz pielgrzymka skończyła się na dobre. Nostalgia? Chyba tak. Ale wspólna droga naszej bratniej kompanii nadal nie dobiegła końca.

Zobacz relację fotograficzną z naszej pielgrzymki:

[tube]http://www.youtube.com/watch?v=zy8WmaSZAVI&feature=youtu.be[/tube]

3 myśli nt. „Do Józefa po raz drugi – pielgrzymka Lwa Judy 2013”

  1. Recenzja jest świetna. Oddaje jej klimat, nasze nastroje i ,,wzniosłość” tych chwil. Mimo, że jest długa, nie jest w stanie pomieścić wszystkiego, co się nam przydarzyło. Muszę dopowiedzieć, że byliśmy oczarowani dobrocią napotykanych przez nas ludzi, którzy chcieli dać nam jeszcze więcej. Pan na rowerze chciał nam dać kamizelkę odblaskową (byśmy byli bardziej widoczni na drodze), ,,pani z wężem” proponowała nam herbatę i ciepłą wodę do umycia się, pani ze sklepu w Siemionkach proponowała rozbicie się u niej na posesji, pan, który nas spotkał w lesie, chciał nas podwieźć traktorem, itd. Systematycznie ograniczaliśmy się w przyjmowaniu tych darów, aby zachować charakter pielgrzymki. Zaczęło jednak do mnie docierać (co też inni mówili wcześniej, m.in. autor relacji), że przyjęcie tej ludzkiej dobroci jest też na chwałę Boga i dla większego dobra może nie warto trzymać się wcześniejszych planów. Na ostatnim noclegu przed Kaliszem (w Zamętach) zostaliśmy ugoszczeni po królewsku: mleko, twaróg, masło, jaja,… Bóg im zapłać.

  2. Świetna recenzja Jacek! Dzięki bardzo. Wspaniale jest przypomnieć sobie wszystkie te chwile! Dzięki wielkie za dobroć wszystkim tym których spotkaliśmy po drodze.
    Niech Pan im błogosławi!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *