Archiwum kategorii: Męskie przemyślenia

Miejmy nadzieję!

Miejmy nadzieję!

Miejmy nadzieję!… nie tę lichą, marną,

Co rdzeń spróchniały w wątły kwiat ubiera,

Lecz tę niezłomną, która tkwi jak ziarno

Przyszłych poświęceń w duszy bohatera.

Miejmy nadzieję!… nie tę chciwą złudzeń,

Ślepego szczęścia płochą zalotnicę,

Lecz tę, co w grobach czeka dnia przebudzeń

I przechowuje oręż i przyłbicę.

Miejmy odwagę!… nie tę jednodniową,

Co w rozpaczliwym przedsięwzięciu pryska,

Lecz tę, co wiecznie z podniesioną głową

Nie da się zepchnąć z swego stanowiska.

Miejmy odwagę!… nie tę tchnącą szałem,

Która na oślep leci bez oręża,

Lecz tę, co sama niezdobytym wałem

Przeciwne losy stałością zwycięża.

Miejmy pogardę dla wrzekomej sławy

I dla bezprawia potęgi zwodniczej,

Lecz się nie strójmy w płaszcz męczeństwa krwawy

I nie brząkajmy w łańcuch niewolniczy.

Miejmy pogardę dla pychy zwycięskiej

I przyklaskiwać przemocy nie idźmy!

Ale nie wielbmy poniesionej klęski

I ze słabości swojej się nie szczyćmy.

Przestańmy własną pieścić się boleścią,

Przestańmy ciągłym lamentem się poić:

Kochać się w skargach jest rzeczą niewieścią,

Mężom przystoi w milczeniu się zbroić…

Lecz nie przestajmy czcić świętości swoje

I przechowywać ideałów czystość;

Do nas należy dać im moc i zbroję,

By z kraju marzeń przeszły w rzeczywistość.

[tube]http://www.youtube.com/watch?v=3tOZvDO1iSk[/tube]

Magis Lwa Judy – Puszcza Bydgoska

 

Skład:

Michał Przewoźny – kapitan;

Jacek Blumensztajn;

Jarek Dąbrowski;

Piotr Faltynowski;

Łukasz Komorowski;

Wojtek Kujawa;

Zbyszek Wiśniewski.

Autobus zatrzymał się na pustej drodze. Udało nam się przekonać kierowcę, aby stanął wcześniej i nie wiózł nas aż do przystanku w Cierpicach. Zaczynamy więc w dogodnym miejscu. Małe przegrupowanie i pierwsza zbiórka. Michał wyciąga mapę i objaśnia nam trasę, potem wspólna modlitwa i ruszamy w drogę.

Najpierw przechodzimy przez stary cmentarz menonitów, później maszerujemy wałami nad Wisłą. Świetne widoki, wiatr niesie zapach wody. Dobrze się idzie. Gadamy z Faltynem. Kilometry całkiem gładko schodzą, jeszcze nie jesteśmy zmęczeni. Słońce dość ostro grzeje, jasna koszula na długi rękaw i kapelusz były zdecydowanie dobrym pomysłem.

Uszliśmy może 6 km, kiedy szlak nagle się urwał – drogę przecięła średnio-szeroka rzeczka-kanał. Szukamy sposobu, aby ją obejść, ale wokół tylko stawy, bagna i grząskie kanały z brudną stojącą wodą. Chyba nie da rady. Wracamy do rzeczki. Płynie w głębokim wąwozie i jest za duża, aby ją przeskoczyć. Łukasz ściąga buty i spodnie – idzie sprawdzić jak jest głęboko. My patrzymy z uwagą… po kolana, po pas…, trochę wyżej, lecz ogólnie nieźle, można przejść. Ściągamy więc ciuchy, chowamy je do plecaków, plecaki w ręce nad głowę i jeden za drugim wolno brniemy w poprzek nurtu. Gdy wszyscy przechodzą na drugi brzeg od razu idziemy dalej, jeszcze mokrzy, niekompletnie ubrani i boso. Przecinamy ugór po małym poletku kukurydzy i przystajemy na chwilę w słońcu, by przeschnąć i ubrać się. Dookoła malownicze i tętniące życiem rozlewiska. Bajeczne widoki.

Po chwili wszyscy są gotowi. Piotrek kończy tylko opatrywać stopę, bo coś mu się wbiło. Przed nami czeka na sforsowanie wysokawa i stroma skarpa. Wchodzimy gęsiego. Ziemia osypuje się spod stóp i krzaki trochę przeszkadzają, lecz lekko dajemy radę. Na górze robimy pierwszy postój. Mieliśmy robić co 10 km, tymczasem mamy trochę ponad 6 km. Uznaliśmy jednak, że wrażeń było dość, by chwilę odpocząć. Jemy śniadanie, potem zbieramy plecaki i do przodu.

Dalsza droga wiedzie przez las. Z lewej drzewa, z prawej rozlewiska Wisły, a przed nami coraz bardziej nikły zarys czerwonego szlaku. Oznaczenia jeszcze są, tylko ścieżka jakoś nie za bardzo. Wkrótce wyrastają przed nami gęste zarośla, przedzieramy się wśród ostrych gałęzi, które szarpią za ubrania. Może po kwadransie pojawia się wreszcie wyraźna droga, a krzaki rzedną. Po chwili przemierzamy już dukty dostojnego boru.

Mija parę kolejnych kilometrów, a my odbijamy od rzeki kierując się w głąb puszczy. Słońce w zenicie, na szczęście drzewa udzielają nam cienia. Ogólnie gorąco. Droga przez las dłuży się, godzina wlecze się za godziną, kilometry nabijamy powoli, ale nie ustajemy. Czerwony szlak przechodzi w niebieski, my idziemy dalej. Wojtek sam lub ze Zbyszkiem z przodu, pozostali nieco za nimi. Stopniowo zaczyna dotykać nas zmęczenie i choć nie jest aż tak źle, to plecaki wydają się nieco cięższe. Robimy drugi poważniejszy postój, za nami 20 km. Posiłek, odpoczynek i moment wytchnienia, a potem w górę serca! Do następnego punktu mamy 4-5 km. Tylko tyle? Zmienia się nam proporcja odległości.

Idziemy. Przed nami wynurzają się w oddali maszty Polskiego Radia pod Solcem Kujawskim. Wchodzimy na teren dawnego pruskiego poligonu. Tabliczki ostrzegają przed starymi niewypałami. Maszerujemy gęsiego mało wyraźną ścieżką. Krajobraz powoli się zmienia. Wokół coraz mniej drzew, raczej karłowata kosodrzewina i to też z rzadka. Na przemian podchodzimy lub schodzimy z piaszczystych pagórków w popołudniowym słońcu. Stopy grzęzną i upał robi swoje. Podobno w okolicy jest małe jeziorko. Rozglądamy się, aby je znaleźć. Wizja chłodnej kąpieli podoba się każdemu. W końcu się udaje. Szybko ściągamy plecaki i za chwilę pluskamy się w wodzie jak dzieciaki. Woda czysta, nawet ciepła, bardzo odświeżająca. Wszyscy czujemy, jakbyśmy zmyli z siebie przebyte kilometry – świetna sprawa. Robimy tu dłuższy postój, a wieczorem ruszamy dalej w las.

Powoli zaczyna się ściemniać. Szukamy odpowiedniego miejsca na obóz. Po jakimś czasie się udaje. Znajdujemy rzadziej rosnące drzewa i w miarę równy teren. Nie jest idealnie, ale nikomu nie chce się szukać dalej. Siadamy zmęczeni – bez kilkudziesięciu metrów przeszliśmy równe 30 km. Odpoczywamy, jemy i powoli przygotowujemy się na sen. Noc z wolna i delikatnie rozpostarła ciemną zasłonę ponad koronami drzew. Nad głowami mamy krąg ugwieżdżonego nieba z jasnym księżycem, wokół pusto i cicho, słychać tylko lekkie westchnienia lasu i skrzypienie drzew na wietrze. Usuwamy mały fragment ściółki i rozpalamy tam niewielkie ognisko. Wystarczy, daje dość światła i ciepła. Gawędzimy, niektórzy badają odciski i pęcherze. Z Piotrem i Łukaszem odpalamy fajki. Czas spokojnie płynie.

Przed snem losujemy kolejność wart, po czym bez zbędnego gadania zasypiamy. Rozkładam karimatę na miękkim, suchym i ciepłym mchu, chowam się w śpiwór i zamykam oczy. Mogę spać spokojnie, ktoś będzie czuwał.

Otwieram oczy, nade mną pochyla się ciemna sylwetka. To Wojtek. Obudził mnie, bo przyszła kolej na moją wartę. Jest ciemniej i chłodniej, księżyc zaszedł, na niebie wyraźny jest tylko Wielki Wóz. Zerkam na zegarek, jest 1:30. Siadam, przecieram oczy. Słyszę równy oddech chłopaków, śpią. Teraz ja pilnuję. Wyjmuję różaniec, wspaniała pora na rozmyślanie. Po godzinie budzę Jarka – zmiana warty. Zasypiam znów.

Poranek jest chłodny i rześki. Wstajemy szybko, trzeba się rozgrzać i rozruszać. Biegniemy ze Zbyszkiem małą rundkę po lesie. Po pół godzinie wszyscy są spakowani i gotowi. Wychodzimy z lasu. Niedługo wrócimy pociągiem do Torunia.

J.B.

ZOBACZ JAK TO BYŁO:

[tube]http://www.youtube.com/watch?v=MdCl7HK4X3c[/tube]

Bądź wierny, idź

 

Autor: Zbigniew Herbert

  „Przesłanie Pana Cogito”

Idź dokąd poszli tamci do ciemnego kresu
po złote runo nicości twoją ostatnią nagrodę

idź wyprostowany wśród tych co na kolanach
wśród odwróconych plecami i obalonych w proch

ocalałeś nie po to aby żyć
masz mało czasu trzeba dać świadectwo

bądź odważny gdy rozum zawodzi bądź odważny
w ostatecznym rachunku jedynie to się liczy

a Gniew twój bezsilny niech będzie jak morze
ilekroć usłyszysz głos poniżonych i bitych

niech nie opuszcza cię twoja siostra Pogarda
dla szpiclów katów tchórzy – oni wygrają
pójdąna twój pogrzeb i z ulgą rzuca grudę
a kornik napisze twój uładzony życiorys

i nie przebaczaj zaiste nie w twojej mocy
przebaczać w imieniu tych których zdradzono o świcie

strzeż się jednak dumy niepotrzebnej
oglądaj w lustrze swa błazeńską twarz

powtarzaj: zostałem powołany – czyż nie było lepszych

strzeż się oschłości serca kochaj źrodło zaranne
ptaka o nieznanym imieniu dąb zimowy
światło na murze splendor nieba
one nie potrzebują twojego ciepłego oddechu
są po to aby mówić: nikt cię nie pocieszy

czuwaj – kiedy światło w górach daje znak – wstań i idź
dopóki krew obraca w piersi twoją ciemną gwiazdę

powtarzaj stare zaklęcia ludzkości bajki i legendy
bo tak zdobędziesz dobro którego nie zdobędziesz
powtarzaj wielkie słowa powtarzaj je z uporem
jak ci co szli przez pustynię i ginęli w piasku

a nagrodzą cię za to tym co mają pod reką
chłostą śmiechu zabójstwem na śmietniku

idź bo tylko tak będziesz przyjęty do grona zimnych czaszek
do grona twoich przodków: Gilgamesza Hektora Rolanda
obrońców królestwa bez kresu i miasta popiołów

Bądź wierny idź

Trochę o kobiecości…

Iza Niewiadomska-Labiak
„Bez pamięci”

nie wiem dlaczego
wytykam Ci
hałaśliwie od lat
te same męskie wady

pamiętliwym palcem
wskazuję do znudzenia
tę samą zachlapaną codziennie
podłogę w kuchni
zabłocone buty
szafę wywróconą do góry nogami
porzucone ubrania

jednak przy Tobie
zakwitam
jak te tulipany
które przynosisz mi
naręczami do domu
bez uprzedzenia
bez gorących wyznań
bezgranicznie bezpiecznie
bez pamięci kochając
bez uzasadnienia