Archiwum kategorii: Co robi Lew Judy?

Magis Lwa Judy – Poligon

Skład:

Michał Przewoźny – kapitan;

Jacek Blumensztajn;

Jarek Dąbrowski;

Przemek Gierszewski;

Łukasz Komorowski;

Wojtek Kujawa;

Zbyszek Wiśniewski.

– „Prowadź nas Panie drogą prawdy, honoru, pokory i męstwa. Amen.”

Na zegarku 7:15, wyruszamy. Po pół godzinie intensywnego marszu pozostawiamy za sobą ostatnie miejskie zabudowania. Poranek jest chłodny, ale gdy się idzie nie czuć zimna, powietrze zdaje się raczej orzeźwiać i dodawać sił. Tylko wiatr, chwilami przenikliwy, czasami dotyka tak, że po plecach przechodzą dreszcze. Na niebie zaczynają kłębić się coraz gęstsze chmury. Robi się szaro, choć na razie jeszcze nie deszczowo. Po obu stronach szerokiego, głównie piaszczystego duktu aż po horyzont widać jedynie pola rozjeżdżone przez ciężkie pojazdy, pojedynczo rosnące sosny i świerki, w oddali młody, lecz niezbyt gęsty las. Co krok napotykamy na żółte tabliczki ostrzegające przed niewypałami, zwykle z czarnym rysunkiem jakiejś bomby. Trzymamy się więc wytyczonego szlaku, mijając kilka pancernych wraków, jakieś umocnione nasypy oraz bunkry. Droga łagodnymi łukami wije się przez te, trzeba przyznać, osobliwej urody plenery.

Idziemy całkiem szybko, równym tempem. Atmosfera w zespole dobra, nawet dosyć gwarno. Nagle jednak wszyscy milkniemy i stajemy w miejscu. Niespełna 50 metrów przed nami z pobliskiej gęstwiny wybiegło na drogę nieduże stadko saren. Przez dłuższą chwilę przyglądały się nam badawczo, po czym zerwały się do biegu, a za nimi zaczęły wybiegać następne – 5, 10, w sumie może około 20 osobników. Ostatnia z nich, zatrzymała się jeszcze, by popatrzeć na nas z ciekawością, lecz zaraz wstrząsnęła głową i serią bezszelestnych skoków podążyła za resztą. Były tak blisko – wyjątkowo piękny widok.

W ciągu dwóch godzin pokonaliśmy równe 10 km, to zadowalający wynik. Czas na pierwszy, niedługi odpoczynek. Rozsiedliśmy się pod drzewami, akurat, gdy zaczął kropić deszcz. Przerwa trwała równe pół godziny. W tym czasie zdążyliśmy się posilić i zrzucić z barków ciężar plecaków. Wkrótce deszcz przestał padać, zza chmur wyszło słońce, a my byliśmy już spakowani i gotowi do dalszej drogi. Poczułem zadowolenie, trening oraz zdobywane powoli doświadczenie zaczynają przynosić efekty – stajemy się bardziej wytrwali i zdyscyplinowani, mamy też lepiej dobrany sprzęt i ekwipunek. 1/3 planowanej na dziś trasy nie zmęczyła nas prawie wcale.

Już za pierwszym pagórkiem trafiamy na interesujące zjawisko. Pomiędzy drzewami ktoś ogrodził kwadratowy placyk, pośrodku którego stał duży drewniany krzyż. Obchodzimy z ciekawością ten teren, aż odnajdujemy tabliczkę informującą, że niegdyś stała w tym miejscu drewniana kaplica z XVIII w., ale została przeniesiona do jakiegoś skansenu. Poświęcona ziemia. Chwila modlitwy w ciszy, po czym ruszamy dalej.

Około godz. 11:00 schodzimy z typowego leśnego duktu na asfaltową, jakby nieco zapomnianą drogę, prowadzącą wprost na południe od Torunia. Przez moment bawimy nad rzeczką Fążyną, po czym formujemy kolumnę i idziemy przed siebie. Jednak niespodziewanie na 18 kilometrze Michał prosi o przerwę, utyka, potrzebuje odpocząć i obejrzeć stopę. Decydujemy się na wcześniejszy popas. Znajdujemy oddalone nieco od drogi skupisko drzew i tam się rozkładamy. Zapowiada się dłuższy postój, Michał coś niewyraźny, a przecież zwykle się nie oszczędza. Zdejmuję polar i buty, aby wiatr osuszył je z potu, potem rozwijam karimatę i siadam okrywając się pałatką. Pora na obiad. Każdy z nas sięga po prowiant, częstujemy się tym, co zabraliśmy ze sobą. Po posiłku wyciągam Oremusa, jest dosyć czasu, więc mogę zajrzeć do dzisiejszych czytań. Łukasz struga coś nożem w kawałku drewna, Przemek rozciągnął się i przysnął, Michał opatruje odciski na stopie, pozostali o czymś dyskutują. Po godzinnym postoju zwijamy się i idziemy dalej.

Pogoda kapryśna, ale ogólnie niegroźna. Na przemian słońce i deszcz, tylko wiatr się nie zmienia. Nie warto nawet ściągać pałatki, to co zmoknie w deszcz, akurat wysycha na słońcu. Po pewnym czasie zaglądamy do mapy. Wygląda na to, że zgapiliśmy dukt, w który mieliśmy skręcić – teraz jest już daleko za nami. Nie warto wracać. Postanawiamy skorygować trasę i iść do końca dotychczasową drogą, a później prosto przez las do okolicy, którą zamierzaliśmy osiągnąć – bez ścieżki też damy radę. Musieliśmy wyglądać jak niezła banda partyzantów, gdy tak wyszliśmy spomiędzy drzew i przeszliśmy najpierw przez rogatki kolejowe, następnie zaś przez ruchliwą krajówkę, by ponownie zagłębić się w puszczę.

Teren staje się coraz bardziej pagórkowaty. W końcu wspinamy się na dość znaczne wzniesienie, z którego wierzchołka  jak na dłoni widać całą okolicę. To chyba najwyższy punkt na tym obszarze. Pod nami rozciąga się falujące morze lasów, a hen daleko majaczą konstrukcje znajomych wież – port drzewny. Z wysoka łatwo się zorientować. Po niedługiej naradzie schodzimy w dół, już wiemy jak iść dalej.

Zmęczenie zaczyna powoli dopadać nas po jakichś 25 kilometrach. Nieustanne podchodzenie i schodzenie po piaszczystych pagórkach jest wyczerpujące.  Około 16:20 decydujemy się maszerować do godz. 17:00, szukając jednocześnie odpowiedniego miejsca na obóz i nocleg. Przez dłuższy czas jednak nie możemy natrafić na nic ciekawego, wokół tylko same młode i niezbyt gościnne zagajniki. Na kolejnym rozstaju dróg rozdzielamy się, część z nas zostaje z bagażem, a Łukasz, Wojtek i Zbyszek rozchodzą się, by poszukać jakiegoś dobrego miejsca. Niestety wracają bez dobrych wieści. Łukasz mówi, że dalej las zdaje się zmieniać i za parę kilometrów możemy coś znaleźć. Nie wszyscy chcą iść, zwłaszcza w niepewne, ale ostatecznie podnosimy się do marszu. Pa jakichś 2 km z młodych zagajników faktycznie przechodzimy do takiego lasu jakiego szukaliśmy, a w nim natrafiamy na wymarzone wprost miejsce na nocleg – niewysoką górkę, z mniej więcej płaskim zagłębieniem pośrodku, tworzące swego rodzaju kotlinkę.

Na miejscu Michał rozdziela obowiązki – Jarek rozpala ognisko, a pozostali rozstawiają obóz. Przełamujemy zmęczenie i natychmiast zabieramy się do pracy. Nie mamy żadnych narzędzi oprócz noży i wiatr trochę przeszkadza, lecz dajemy sobie radę. Po pół godzinie wygrzewamy się przy ogniu, a za nami stoją przyzwoicie rozłożone tarpy. Przeszliśmy 30 km, trochę zmarzliśmy i zgłodnieliśmy, więc pora na kolację. Wojtek i Zbyszek żartują, że Jarek mógłby nam teraz jeszcze coś ugotować. Na to Jarek zupełnie poważnie wyciąga blaszaną menażkę i nalewa do niej wody, następnie poprawia polana na ognisku i stawia na nich puszkę z wodą. Patrzymy po sobie zdziwieni i zaciekawieni. Po niedługim czasie woda zawrzała, a Jarek zdjął pojemnik z paleniska i wsypał do niego dwie zupki w proszku – voila, mamy ciepły posiłek, prawdziwy skarb po tym wyczerpującym dniu i daniach z puszki. Siedząc w kręgu przekazywaliśmy sobie z rąk do rąk „zupę pokoju”.

Czas zdecydowanie zwolnił, słońce niespiesznie opuszczało się za horyzont, nawet wiatr ucichł. Wpatrzeni w radosny, ciepły ogień opowiadaliśmy różne historie i wymienialiśmy się doświadczeniami. Póki jeszcze było widno poćwiczyliśmy z chłopakami rzucanie nożem do drzew. Przed snem zebraliśmy się wszyscy wokół ogniska, aby wspólnie odmówić dziesiątkę różańca. Chwila skupienia w ciszy, potem Michał przypomina o intencjach naszego plutonu, modlimy się stojąc, a nasze głosy szczególnie współbrzmią z leśną ciszą.

Pierwszą wartę wylosował Przemek, ja zaraz po nim. Pomyślałem, że nie warto spać przez godzinę, a potem wstawać na godzinę warty, dlatego zostałem razem z nim. Chłopaki położyli się pod tarpami, a my usiedliśmy naprzeciw siebie w milczeniu, by uszanować ich sen i podtrzymywaliśmy nieduży ogień w palenisku. Po nieco ponad godzinie Przemek poszedł spać. Zostałem sam. Wokół mnie rozpościerał się las osrebrzony księżycową poświatą, między koronami drzew na kryształowym sklepieniu rozbłyskały plejady gwiazd z moim ulubionym Pielgrzymem prawie dokładnie nade mną, za plecami równy oddech śpiących towarzyszy, przede mną trzaskające w ogniu gałązki. Ileż myśli i uczuć można usłyszeć, poznać i uporządkować w taką noc… Ileż spokoju wlewa się do serca. Człowiek jakby zbliżał się do siebie i stawał się bardziej sobą. Tutaj, w tych warunkach, uderzająco prawdziwa okazuje się ewangeliczna logika zakładająca, że rezygnacja ze swego prowadzi do nadmiaru. Licząc wyłącznie na własne siły nie zaszlibyśmy daleko, egoizm w istocie jest zgubny. Gdy służymy sobie nawzajem oddając coś z siebie, gdy wspieramy się we wspólnej wędrówce, wówczas niczego właściwie nam nie brakuje, a doświadczane trudności jedynie budują nas, naszą więź, nasze człowieczeństwo stworzone na obraz Boży. Północ. Dokładam do ognia, by wokół zrobiło się nieco jaśniej i budzę Łukasza – zmiana warty. Zasypiam twardym snem.

O 5:00 Zbyszek budzi wszystkich. Jest tak zimno, że nie chce się wychodzić ze śpiworów. Na szczęście zachowaliśmy ogień do rana – daje dużo ciepła. Zbieram się w sobie, wstaję. Zaczynamy od śniadania. Wojtek smaży kiełbasę w Jarkowej puszce, sięgamy po resztę prowiantu. Po posiłku trzeba się przemóc, aby w porannym chłodzie przebrać się w strój dzienny. Znów dzielimy się obowiązkami – Łukasz i ja idziemy po piasek do zagaszenia ogniska, Jarek wypala je na drobny popiół, reszta chłopaków zwija tarpy. Wkrótce jesteśmy już spakowani, palenisko zagaszone i zabezpieczone, przed wymarszem gromadzimy się jeszcze na wspólną modlitwę. Dziś wracamy do Torunia.

Dobrze się idzie. Początkowo mięśnie przypominają o sobie, ale potem przestają kaprysić. Pan podarował nam piękny, bardzo pogodny poranek. Po nocy w lesie zmysły stają się wrażliwsze, w czasie wędrówki można dostrzegać więcej szczegółów. Utrzymujemy niezłe tempo, tak że szybko pokonujemy dystans niespełna 10 km i dochodzimy do malutkiej, wręcz zapomnianej stacyjki pkp w Cierpicach. Pociąg mamy za godzinę, więc spokojnie rozkładamy się na trawce i czekamy. Dyżurny chyba specjalnie dla nas zapowiada pociąg przez głośniki. Około 10:00 jesteśmy w Toruniu.

Na dworcu podchodzi do nas grupka chłopaków w naszym wieku. Wyglądają jakby balowali całą noc. Nieco wcięci, mówią coś niby do nas, niby między sobą, jak dzieci próbujące zwrócić na siebie czyjąś uwagę. Pytają skąd wracamy i nie mogą uwierzyć, kiedy ktoś z nas im odpowiada. Trudny do opisania smutek chwyta za serce. Właśnie wróciliśmy z poligonu, gdzie doświadczaliśmy życia, tymczasem tylu mężczyzn wciąż nie wie, że toczy się wojna. Wojna o serca i dusze, od której nie można uciec, bo ucieczka zawsze jest klęską, a tylko walka podejmowana co dzień od nowa – zwycięstwem.

J.B.

ZOBACZ JAK TO BYŁO:

[tube]http://www.youtube.com/watch?v=ygsE8M64720[/tube]

Jason Upton – „Lion of Judah”

Nikt nie zna godziny

Nikt nie zna dnia

Jezus przyjdzie wkrótce

Cały wszechświat drży, tęskniąc za tym dniem

Jezus przyjdzie wkrótce

To będzie wyrok

To będzie miłosierdzie

W tym strasznym dniu

Przywódcy ukłonią się

Królestwa upadną

Czy poczułeś, że Twój świat zaczął się trząść?

Usłysz dźwięk Lwa Judy

Zobacz ogień i strach w obozie wroga

Z dźwiękiem Lwa Judy znów ryczącego

Powstaje nowe pokolenie

Plemię bez imienia, bez twarzy, bez miejsca

Boi się jedynie Boga

Słyszy jedynie Lwa Judy

Widziałem jedynie kości łamiące się w ciemności

Wtedy wszedłem w światło

Tam zobaczyłem armię przychodzącą z rzeki z pięcioma kamieniami

Gotową do walki.

tłumaczenie: M. Ogiński

Magis Lwa Judy – Puszcza Bydgoska

 

Skład:

Michał Przewoźny – kapitan;

Jacek Blumensztajn;

Jarek Dąbrowski;

Piotr Faltynowski;

Łukasz Komorowski;

Wojtek Kujawa;

Zbyszek Wiśniewski.

Autobus zatrzymał się na pustej drodze. Udało nam się przekonać kierowcę, aby stanął wcześniej i nie wiózł nas aż do przystanku w Cierpicach. Zaczynamy więc w dogodnym miejscu. Małe przegrupowanie i pierwsza zbiórka. Michał wyciąga mapę i objaśnia nam trasę, potem wspólna modlitwa i ruszamy w drogę.

Najpierw przechodzimy przez stary cmentarz menonitów, później maszerujemy wałami nad Wisłą. Świetne widoki, wiatr niesie zapach wody. Dobrze się idzie. Gadamy z Faltynem. Kilometry całkiem gładko schodzą, jeszcze nie jesteśmy zmęczeni. Słońce dość ostro grzeje, jasna koszula na długi rękaw i kapelusz były zdecydowanie dobrym pomysłem.

Uszliśmy może 6 km, kiedy szlak nagle się urwał – drogę przecięła średnio-szeroka rzeczka-kanał. Szukamy sposobu, aby ją obejść, ale wokół tylko stawy, bagna i grząskie kanały z brudną stojącą wodą. Chyba nie da rady. Wracamy do rzeczki. Płynie w głębokim wąwozie i jest za duża, aby ją przeskoczyć. Łukasz ściąga buty i spodnie – idzie sprawdzić jak jest głęboko. My patrzymy z uwagą… po kolana, po pas…, trochę wyżej, lecz ogólnie nieźle, można przejść. Ściągamy więc ciuchy, chowamy je do plecaków, plecaki w ręce nad głowę i jeden za drugim wolno brniemy w poprzek nurtu. Gdy wszyscy przechodzą na drugi brzeg od razu idziemy dalej, jeszcze mokrzy, niekompletnie ubrani i boso. Przecinamy ugór po małym poletku kukurydzy i przystajemy na chwilę w słońcu, by przeschnąć i ubrać się. Dookoła malownicze i tętniące życiem rozlewiska. Bajeczne widoki.

Po chwili wszyscy są gotowi. Piotrek kończy tylko opatrywać stopę, bo coś mu się wbiło. Przed nami czeka na sforsowanie wysokawa i stroma skarpa. Wchodzimy gęsiego. Ziemia osypuje się spod stóp i krzaki trochę przeszkadzają, lecz lekko dajemy radę. Na górze robimy pierwszy postój. Mieliśmy robić co 10 km, tymczasem mamy trochę ponad 6 km. Uznaliśmy jednak, że wrażeń było dość, by chwilę odpocząć. Jemy śniadanie, potem zbieramy plecaki i do przodu.

Dalsza droga wiedzie przez las. Z lewej drzewa, z prawej rozlewiska Wisły, a przed nami coraz bardziej nikły zarys czerwonego szlaku. Oznaczenia jeszcze są, tylko ścieżka jakoś nie za bardzo. Wkrótce wyrastają przed nami gęste zarośla, przedzieramy się wśród ostrych gałęzi, które szarpią za ubrania. Może po kwadransie pojawia się wreszcie wyraźna droga, a krzaki rzedną. Po chwili przemierzamy już dukty dostojnego boru.

Mija parę kolejnych kilometrów, a my odbijamy od rzeki kierując się w głąb puszczy. Słońce w zenicie, na szczęście drzewa udzielają nam cienia. Ogólnie gorąco. Droga przez las dłuży się, godzina wlecze się za godziną, kilometry nabijamy powoli, ale nie ustajemy. Czerwony szlak przechodzi w niebieski, my idziemy dalej. Wojtek sam lub ze Zbyszkiem z przodu, pozostali nieco za nimi. Stopniowo zaczyna dotykać nas zmęczenie i choć nie jest aż tak źle, to plecaki wydają się nieco cięższe. Robimy drugi poważniejszy postój, za nami 20 km. Posiłek, odpoczynek i moment wytchnienia, a potem w górę serca! Do następnego punktu mamy 4-5 km. Tylko tyle? Zmienia się nam proporcja odległości.

Idziemy. Przed nami wynurzają się w oddali maszty Polskiego Radia pod Solcem Kujawskim. Wchodzimy na teren dawnego pruskiego poligonu. Tabliczki ostrzegają przed starymi niewypałami. Maszerujemy gęsiego mało wyraźną ścieżką. Krajobraz powoli się zmienia. Wokół coraz mniej drzew, raczej karłowata kosodrzewina i to też z rzadka. Na przemian podchodzimy lub schodzimy z piaszczystych pagórków w popołudniowym słońcu. Stopy grzęzną i upał robi swoje. Podobno w okolicy jest małe jeziorko. Rozglądamy się, aby je znaleźć. Wizja chłodnej kąpieli podoba się każdemu. W końcu się udaje. Szybko ściągamy plecaki i za chwilę pluskamy się w wodzie jak dzieciaki. Woda czysta, nawet ciepła, bardzo odświeżająca. Wszyscy czujemy, jakbyśmy zmyli z siebie przebyte kilometry – świetna sprawa. Robimy tu dłuższy postój, a wieczorem ruszamy dalej w las.

Powoli zaczyna się ściemniać. Szukamy odpowiedniego miejsca na obóz. Po jakimś czasie się udaje. Znajdujemy rzadziej rosnące drzewa i w miarę równy teren. Nie jest idealnie, ale nikomu nie chce się szukać dalej. Siadamy zmęczeni – bez kilkudziesięciu metrów przeszliśmy równe 30 km. Odpoczywamy, jemy i powoli przygotowujemy się na sen. Noc z wolna i delikatnie rozpostarła ciemną zasłonę ponad koronami drzew. Nad głowami mamy krąg ugwieżdżonego nieba z jasnym księżycem, wokół pusto i cicho, słychać tylko lekkie westchnienia lasu i skrzypienie drzew na wietrze. Usuwamy mały fragment ściółki i rozpalamy tam niewielkie ognisko. Wystarczy, daje dość światła i ciepła. Gawędzimy, niektórzy badają odciski i pęcherze. Z Piotrem i Łukaszem odpalamy fajki. Czas spokojnie płynie.

Przed snem losujemy kolejność wart, po czym bez zbędnego gadania zasypiamy. Rozkładam karimatę na miękkim, suchym i ciepłym mchu, chowam się w śpiwór i zamykam oczy. Mogę spać spokojnie, ktoś będzie czuwał.

Otwieram oczy, nade mną pochyla się ciemna sylwetka. To Wojtek. Obudził mnie, bo przyszła kolej na moją wartę. Jest ciemniej i chłodniej, księżyc zaszedł, na niebie wyraźny jest tylko Wielki Wóz. Zerkam na zegarek, jest 1:30. Siadam, przecieram oczy. Słyszę równy oddech chłopaków, śpią. Teraz ja pilnuję. Wyjmuję różaniec, wspaniała pora na rozmyślanie. Po godzinie budzę Jarka – zmiana warty. Zasypiam znów.

Poranek jest chłodny i rześki. Wstajemy szybko, trzeba się rozgrzać i rozruszać. Biegniemy ze Zbyszkiem małą rundkę po lesie. Po pół godzinie wszyscy są spakowani i gotowi. Wychodzimy z lasu. Niedługo wrócimy pociągiem do Torunia.

J.B.

ZOBACZ JAK TO BYŁO:

[tube]http://www.youtube.com/watch?v=MdCl7HK4X3c[/tube]

Spotkanie 7 maja 2012

 

W nadchodzący poniedziałek o godzinie 20, kolejne spotkanie Lwa Judy!
Ostatnie spotkanie z serii o braterstwie. Będą też wspomnienia z ostatniego Magis i rozmowy o kolejnej wyprawie i pielgrzymce.
Pamiętaj, że każde spotkanie Lwa Judy jest otwarte.
Przyjdź. Wyrusz w drogę ku męskości.

Ci którzy byli na Magis, wiedzą jak było. Ci co nie byli niech żałują. Na dowód po prostu obejrzyjcie:

[tube] http://www.youtube.com/watch?v=DFySR-hXMCg&feature=player_embedded [/tube]

Do zobaczenia na Lwie Judy!